Unosząc głowę nie widziałem nieba pełnego gwiazd. Widziałem jedynie odbicie swojego świata. Świata, który budził we mnie dziwną tęsknotę. Tęsknotę za czymś, za czym nie powinienem był nigdy tęsknić. Może było to zwykłe pragnienie ucieczki? Świat przede mną musiał być idealny, pozbawiony skaz, zapełniony kolorami, których mi zawsze brakowało w codziennym życiu. Otaczała mnie szarość. Szare były domy, drzewa, kwiaty i szarzy byli ludzie. Szary byłem również ja.
Świat nade nade mną był kuszący, ale nieosiągalny. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, nie mając szansy go chwycić. Mimo, że był tak blisko, wciąż pozostawał zbyt daleko. Może po prostu na niego nie zasługiwałem. Byłem osobą ze zbyt wieloma wadami, a to miejsce wydawało się być królestwem doskonałości. Na mojej otwartej dłoni osiadły kolorowe płatki, które niesione wiatrem dotarły do mnie jakby z litości. Zacisnąłem na nich palce, unosząc głowę. Trzymałem w dłoni cząstkę perfekcji, łudząc się, że czerwone płatki kwiatu użyczą mi koloru. One jednak zaczęły zwijać się i usychać, tracąc swoją barwę. Żałowałem, że nie mogłem zabrać ich do domu. Wiatr zdmuchnął mi je z dłoni z taką samą lekkością, z jaką je do mnie przyniósł.
Zazdrościłem płatkom kwiatów. Sam pragnąłem rozsypać się i pozwolić, by wiatr porwał mnie gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie nie byłbym szarym kim mingyu, a barwnym Kim Mingyu. To było nierealne marzenie. Pragnienie, którego zaspokoić nie mogłem nawet w snach.
Świat, który widzisz, jest odzwierciedleniem twoich największych pragnień. Pragnień samolubnych, które na zawsze pozostaną na wyciągnięcie twojej ręki, a jednak wciąż za daleko, by je chwycić — to były słowa, które słyszałem od wszystkich. Problem polegał na tym, że jeśli na tym polegała samolubność, ja chciałem być samolubny. Chciałem pochwycić w ramiona kolorowy świat, nawet jeśli ten rozpadłby się po kilku sekundach.
Na mój policzek spadła samotna kropla deszczu. Dlaczego jednak padało, kiedy nie widziałem żadnych chmur? Z uniesioną wysoko głową ruszyłem przed siebie, dochodząc do urwiska będącym końcem mojego świata i lustrzanym odbiciem świata moich pragnień. Samotnie rosnące suche drzewo, które pięło się wysoko ku górze, wydawało się tworzyć jedność ze swoim bliźniakiem ze świata nade mną. Ich gałęzie splecione były mocno. Czasami pojedynczy, kolorowy liść upadał leniwie, zatrzymując się u moich stóp i zamieniają od razu w szary pył. Drzewo nie było jednak mostem, a bramą. Wiecznie zamkniętą, której przejście było niemożliwe.
Kolejna samotna kropla spłynęła po moim policzku. Stanąłem na samym skraju przepaści tak, że wystawały mi same czubki butów. Uniosłem leniwie wzrok, a wtedy dotarło do mnie, że krople, otulające moją twarz nie są wcale deszczem, a łzami. Lecz to nie świat nad moją głową płakał, a ktoś, kto w pierwszej chwili mógł wydawać się moim odbiciem. Tym znakomitym odbiciem, którego nie mogłem spotkać w żadnym lustrze.
Czy płacz mógł być czymś pięknym? Jeśli nie, dlaczego patrzyłem w tej chwili na piękno? Dlaczego łzy, które spadały na mnie niczym krople deszczu, wydawały się być cennymi diamentami? Nie usychały ani nie zmieniały się w proch tak jak płatki kwiatów, a jednak ich dotyk był tak samo delikatny. W chwili, w której nieznajomy, który, mimo że stał w miejscu mojego lustrzanego odbicia, moim odbiciem nie był, uniósł wzrok, czas zatrzymał się. Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości, bo serce w mojej piersi zastygło, a mój oddech ustał. Trwało to chwilę, a może całą wieczność? Unieśliśmy leniwie dłonie. On prawą, ja lewą. Nie wiedziałem już kto jest czyim odbiciem. On moim, a może ja jego?
— Jesteś słońcem? — spytałem.
Bił od niego prawdziwy blask. Kolory, których tak bardzo mu zazdrościłem. Może jego wyciągnięta w moim kierunku dłoń była jedynie promykiem, którym słońce postanowiło musnąć moją twarz? Dlaczego więc ten promyk wciąż był tak daleko?
— A ty? Jesteś księżycem? — odpowiedział pytaniem. Opuścił dłoń, uświadamiając mnie, że nie jest jednak moim odbiciem. Był zbyt doskonały, by nim być. — Nie mogę być słońcem — oznajmił nagle. Kolejna łza spadła z nieba na mój policzek. Dotknąłem ją palcami, mając nadzieję, że ujrzę kolorową plamę, która zarumieni moją twarz i nauczy mój świat barw.
— Masz rację — przyznałem, na co mrugnął leniwie, odwzajemniając moje spojrzenie. — Chwycenie słońca jest bardziej realne od pochwycenia ciebie.
— Nie zbliżyłbyś się do słońca — mruknął, na co kąciki moich ust uniosły się lekko.
— A więc nim jesteś. Słońcem, którego dotknąć nie mogę — zauważyłem, patrząc z zazdrością, jak jego policzki się rumienią. — Dlaczego słońce płacze? — spytałem, nie potrafiąc spuścić wzroku.
— Dlaczego księżyc zadaje takie pytania? — odparł, zakładając ramiona na piersi. Obydwoje zbliżyliśmy się do krawędzi urwisk. Poczułem, jak w moją głowę uderza ukruszony kamień, który wymknął się spod jego butów. Nim zdążył upaść na ziemię, rozpłynął się w powietrzu, zamieniając w pył.
— Jak mogę być księżycem, kiedy dzielenie z tobą nieba nie jest możliwe? — spytałem ze smutkiem, aż w mojej piersi serce skurczyło się boleśnie.
— Nawet ptaki dzielą się niebem — zauważył.
— Dlaczego więc nie mogę być ptakiem? — westchnąłem ciężko. Dlaczego musiałem być więźniem mojego świata? Czy gdybym miał skrzydła, mógłbym uciec? A może już zawsze pozostałbym szarą plamą?
— Jak więc brzmi twoje imię, skoro nie jesteś księżycem? — spytał mnie, patrząc w moje oczy. Co mógł w nich ujrzeć? Ciemność? Pustkę?
— Nazywam się mingyu — powiedziałem, na co poruszył wargami, powtarzając bezgłośnie moje imię, jakby bał się, że je zapomni. — A ty? Czy słońce zdradzi mi swoje imię? — zapytałem, by móc tak jak on, powtórzyć je, jednak nie raz, a tysiąc razy.
— Wonwoo — odpowiedział.
Moje usta powtórzyły jego imię, a chwilę potem zrobił to także i mózg, a potem również i serce. Imię, które napawało mnie dziwną nadzieją, ale i niesamowitą tęsknotą. Imię, które mimo że usłyszałem po raz pierwszy, miałem wrażenie, że wypowiadałem setki razy. Może właśnie tak było? Może nieświadomie o nim śniłem? Może był prawdziwym odbiciem? Odbiciem pragnień schowanych głęboko w mojej duszy.
— Nie usłyszałeś? Nazywam się Wonwoo — powtórzył z przejęciem, formując z palców literę W. Literę W, która w moich oczach była literą M.
Kąciki moich ust uniosły się wysoko, na co zmarszczył brwi. Mylił się. Usłyszałem doskonale jego imię i wiedziałem, że nigdy o nim nie zapomnę.
***
Kiedy uniosłem głowę stojąc nad przepaścią, nigdy wcześniej nie poczułem tak silnej chęci, by skoczyć. Pragnąłem skoczyć nie w dół, lecz w górę. Sięgnąć świat barw. Nie musiałem go nawet chwytać w całości. Wystarczyło delikatnie muśnięcie go palcami.
— Słońce wcześnie dzisiaj wstało — zauważyłem z uśmiechem, patrząc na siedzącego na krawędzi przepaści Wonwoo. Uniósł głowę, a wtedy poczułem się tak, jakbym utonął w jego spojrzeniu. Co mógł poczuć, patrząc w moje oczy? Pustkę? Nicość? Bałem się, że oczy były zwierciadłem mojej duszy. Że dostrzegłby nagromadzony we mnie smutek. Skazy i niedoskonałości będące jak ciemne plamy na księżycu. Zamknąłem więc powieki, chcąc w ten sposób zamknąć bramy prowadzące do mojej duszy i niedoskonałego wnętrza.
— Boisz się wysokości? — spytał mnie nagle.
— Tak — odpowiedziałem, mimo że stojąc nad przepaścią czułem dziwną pustkę. Może dlatego, że nie lękałem się upadku, a wysokości.
— Potrafisz wspinać się na drzewa? — zapytał nagle. Było to pytanie proste, ale odpowiedź na nie była wcale oczywista. Spojrzałem na drzewo pozbawione liści, które tworzyło jedność ze swoim bliźniaczym odbiciem ze świata na górze. Gałęzie tworzyły drabinę, na którą nikt nie śmiał nigdy wejść.
— Myślę, że potrafię — przyznałem.
Wonwoo podniósł się. Bałem się, że po otrzymaniu tej odpowiedzi po prostu odejdzie i aż niewidzialny węzeł zacisnął się mocno wokół mojego gardła. On jednak podszedł do kwitnącego drzewa, wspinając się na nie.
— Pokażę ci coś — oznajmił, całkowicie znikając mi z oczu.
Chwyciłem mocno gałęzi, które aż zapraszały mnie na wejście na górę. Nie patrząc w dół, zacząłem wspinać się, aż ujrzałem nad sobą kolorowe liście. Były tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Z tej odległości wyglądały jeszcze piękniej, aż pragnąłem ich dotknąć w nadziei, że pomalują moje palce.
Nagły szelest nad moją głową sprawił, że prawie puściłem się gałęzi i spadłem na sam dół. Uniosłem wzrok, czując, jak serce zaczyna walić mi w piersi jak szalone. Był to moment, w którym słońce i księżyc spotkali się na niebie. Przed moją twarzą znalazła się twarz Wonwoo. Patrzyłem w jego oczy, widząc w nim cały wszechświat. Dlaczego jednak ja byłem jego częścią? Odbijałem się w nich. Szary mingyu pozbawiony barw odbijał się w oczach słońca. Pragnąłem powiedzieć to, co dyktowało mi serce. Otworzyłem więc usta, by oznajmić mu, że jest piękny, ale w tej samej chwili przycisnął palec do swoich warg. Uśmiechnął się, po czym odgarnął na bok kolorowe liście.
Na splecionych ze sobą gałęziach drzew, łączących nasze światy, ujrzałem uwite gniazdo i siedzące w nim dwa ptaki - jeden barwny, drugi szary. Siedziały przy sobie, nie dzieląc w tej chwili jedynie nieba. One dzieliły się sobą.
— Siedzą na jajkach — szepnął Wonwoo, opierając brodę na ręku.
— Myślisz, że coś się z nich wykluje? — spytałem, patrząc z zazdrością na jego rumiane policzki. Uśmiechnął się, ostrożnie puszczając odgarnięte na bok gałęzie.
— Możemy się przekonać — oznajmił.
Pragnąłem tego. Pragnąłem wspinać się codziennie na drzewo, jednak nie po to, by ujrzeć ptaki. Chciałem ujrzeć go. Jego uśmiech, rumieńce na policzkach i oczy pełne emocji.
***
Kiedy wspiąłem się na drzewo, Wonwoo już na mnie czekał. Znów oglądaliśmy w ciszy ptaki, choć prawda była taka, że więcej czasu poświęciłem, patrząc na niego. Zazdrościłem mu tak wiele. Jego warg i ich kuszącego koloru. Oczu pełnych marzeń, które nie tak dawno wypłakiwały diamenty, a nie łzy. Bałem się, że byłem dla niego jedynie cieniem.
Na korze drzewa ujrzałem wyryty znak, którego wcześniej nigdy nie widziałem. Moje palce przesunęły się po kształcie, który rozpoznałem bez żadnego problemu. Nasze dłonie dzieliła litera. Litera, która miała dla nas obydwojga inne znaczenie. Ponieważ, kiedy ja widziałem W, on patrzył na literę M. Dlaczego byłem odbiciem czegoś idealnego? Czy Wonwoo był odzwierciedleniem mojego wnętrza? A ja? Czym byłem ja? Jego łzami? Smutkiem, który tłumił w sobie?
— Dlaczego pragniesz barw? — spytał mnie, na co głośno westchnąłem.
— By być taki jak ty — oznajmiłem.
Dłoń Wonwoo przesunęła się po literze W, będącą zarówno literą M. Oparł się wygodnie na gałęzi, patrząc na mnie z góry.
— Jaki?
Jaki pragnąłem być? Odpowiedź przyszła mi z łatwością.
— Doskonały. Szczęśliwy — powiedziałem z żalem.
Wonwoo odgarnął delikatnie gałąź, po czym wskazał mi gniazdo i siedzące w nim ptaki. Kąciki jego ust uniosły się.
— Nie muszą być doskonałe, by być szczęśliwe. Myślę, że tak naprawdę niczym się nie różnią, bo ich serca są takie same. A twoje serce, mingyu? Różni się od mojego? — spytał.
Tym razem nie potrafiłem odpowiedzieć na jego pytanie.
Dotknąłem piersi, wciąż trzymając się mocno gałęzi jedną ręką. Czy moje serce było inne? Rozchyliłem lekko usta, ale żadne słowo nie chciało ich opuścić. Znów patrzyłem na swoje odbicie w oczach Wonwoo. Miałem wrażenie, że mingyu uwięziony w jego spojrzeniu jest szczęśliwy, otoczony kolorami. Zazdrościłem mu.
— Czy twoje serce jest gorsze? — Wonwoo spytał niesamowicie spokojnym głosem, którego aksamitny dźwięk otulił moje uszy. — Czy kocha inaczej?
— Jest szare — oznajmiłem ze smutkiem, zaciskając palce na piersi jeszcze mocniej, jakbym usiłował wyrwać je i mu pokazać. Pokazać mu, jak bardzo jest okropne i nieidealne.
— Szczęściarz — mruknął z uśmiechem, co mocno mnie zaskoczyło. Kąciki jego ust uniosły się, a wtedy nagłe ciepło rozlało się po mojej całej piersi. — To mój ulubiony kolor — przyznał.
— Jak możesz lubić szary? — prychnąłem, zdając sobie sprawę, że mówi to tylko po to, by mnie pocieszyć.
— Myślę, że lubię ciebie, mingyu — wyznał.
Te słowa były niczym promyk słońca, który musnął mój policzek. Patrzyliśmy na siebie, milcząc i pozwalając naszym sercom, by prowadziły dalej tę konwersację. Słońce wyznało, że lubi księżyc. Dlaczego jednak mijali się ciągle na niebie? Wonwoo naprawdę był słońcem, który rozjaśniał swój świat, podczas gdy ja byłem księżycem patrzącym na świat spowity mrokiem. Czas postanowił zlitować się nad samotnymi kochankami, spełniając ich samolubną prośbę.
Słońce, które świeciło między naszymi światami zostało przysłonięte przez księżyc.
— Wonwoo, czy pokolorujesz mi serce? — spytałem, nie zwracając uwagi na cud na niebie.
— Zacznę od pokolorowania twoich warg — powiedział.
Podciągnąłem się na gałęzi, przymykając powieki. Jego oddech otulił moje wargi. Pragnąłem wyciągnąć przed siebie ręce, ująć jego rumiane policzki i uwięzić go w samolubnym objęciu, ale pozwoliłem tylko na zrobienie tego w myślach. Miałem wrażenie, że moje usta muska delikatny płatek kwiatu. Było to uczucie nierealne. Jego rumiane wargi dotknęły czule moich szarych warg, sprawiając, że serce w mojej piersi zaczęło bić coraz szybciej. Samotna łza, która spłynęła mi po policzku była elementem naszego pocałunku. Jednak nawet słony smak nie był w stanie zaszkodzić tej chwili.
Wonwoo puścił leniwie moją dolną wargę. Był to moment, w którym księżyc i słońce nie tworzyli już jedności na niebie. Nasze twarze odsunęły się od siebie. Zwiększający się dystans między nami sprawił, że tęsknota rosła.
— Nie znikniesz, prawda? — spytałem, na co odpowiedział mi uśmiechem.
— Pytasz słońca, czy nie wzejdzie następnego dnia? — odparł. To było zapewnienie. Zapewnienie, że nie odejdzie. Może naprawdę byliśmy jak te ptaki siedzące na gałęzi, które, mimo że były tak inne, ich miłość niczym się nie różniła.
***
Pierwszy raz unosząc wzrok, nie zwracałem uwagi na świat barw. Patrzyłem na osobę będącą moim całym światem. Wonwoo uśmiechnął się na mój widok, pokazując mi literę M z palców, która po chwili zmieniła się w serce. Zrobiłem to samo, formując W.
— Witaj, słońce — zawołałem.
— Witaj, księżycu.
Miłość była niesprawiedliwa i samolubna. Łączyła ze sobą osoby, między którymi pozostawała przepaść. Dodawała jednak skrzydeł, popychając nas ku sobie, mimo urwiska, nad którym staliśmy. Wyciągnąłem przed siebie lewą dłoń, wznosząc ją w górę. Prawa dłoń Wonwoo wyciągnięta w moją stronę wciąż pozostawała za daleko. Podskoczyłem wysoko, ale nie miałem szans nawet jej musnąć.
— Ufasz mi? — spytałem z determinacją w głosie.
— Ufam ci, mingyu — zapewnił bez wahania, na co uśmiechnąłem się z ulgą. Były to słowa, które naprawdę pragnąłem usłyszeć.
— Naucz mnie barw, Wonwoo! — zawołałem, wyciągając w górę obydwa ramiona. — Złapię cię. Wystarczy, że skoczysz — oznajmiłem, stojąc nad przepaścią.
— Nie wiem, czy dam radę — wyznał z obawą, kuląc ramiona. Ja jednak uśmiechnąłem się szeroko.
— Nigdy cię nie upuszczę. Jest coś, co muszę ci powiedzieć, ale zrobię to dopiero, kiedy znajdziesz się w moich ramionach — powiedziałem.
Wonwoo odetchnął głęboko, przysuwając się na koniec przepaści. Wyciągnąłem daleko ramiona, czekając z walącym sercem na jego ruch. Wahał się przez krótki moment. W końcu kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu tak ciepłym, że samo słońce przy nim bladło.
— Też jest coś, co chcę ci powiedzieć, mingyu — wyznał, rozkładając ramiona. — Złap mnie!
Skoczył. Zeskoczył z urwiska, sprawiając, że czas momentalnie się zatrzymał. Nasze wyciągnięte ku sobie dłonie pozostawały zbyt daleko, byśmy mogli się chwycić. Moje ramię sięgnęło jeszcze dalej, a mi samemu udało się odmrozić czas. Pochwyciłem w ciasne objęcie świat barw, cofając się i upadając na ziemię z cichym jękiem.
Trzymałem w ramionach mój cały świat, o którym zawsze marzyłem i za którym tęskniłem. Wonwoo leżał na mojej piersi z zamkniętymi powiekami, zupełnie jakby spał. Dotknąłem jego rumiany policzek, nie mogąc uwierzyć w to, że przede mną znajdowała się doskonałość. Uniósł leniwie powieki, a wtedy utonąłem w jego spojrzeniu. Moje ramiona owinęły się wokół niego mocno, co natychmiast odwzajemnił.
— Chciałem ci powiedzieć, że cię ko...
Jego ciało zniknęło z moich ramion, zamieniając się w setki kolorowych motyli, które zaczęły odlatywać. Nie w kierunku mojego świata ani świata barw nad moją głową. Odlatywały o wiele dalej, oddalając się od przepaści.
Moje objęcie pozostało puste. Świat, który pochwyciłem w tym samolubnym akcie rozpadł się. Samotna łza, która nie tak dawno była elementem naszego pocałunku, a teraz przypominała mi jedynie o goryczy, spłynęła leniwie po moim policzku. Moja uniesiona dłoń nie była w stanie spleść się z dłonią Wonwoo. Na palcu usiadł mi ostatni motyl, na którego skrzydłach wymalowana była historia spotkania słońca z księżycem. Patrzyłem na niego, pozwalając łzom spływać po mojej twarzy, a sercu krwawić z żalu.
— Nie zdążyłem wypowiedzieć tych słów — szepnąłem, bo tylko na to pozwalało mi zaciśnięte mocno gardło. — Kocham cię, Wonwoo — wyznałem.
Przysunąłem dłoń z siedzącym na palcu motylem do swoich ust, dotykając kolorowego skrzydła wargami, które leniwie zarumieniły się, zabierając szarość z mojej twarzy. Świat nad moją głową zaczął pękać i się kruszyć. Świat, na który zawsze patrzyłem z zazdrością, znikał. Jego odłamki zaczęły spadać i ginąć w przepaści.
Trawa pode mną zaczęła się zielenić, kradnąc zieleń ze świata Wonwoo. Szare pióra ptaków zmieniły swoje barwy tak samo jak płatki kwiatów. Podniosłem się leniwie, patrząc, jak motyl siedzący na moim palcu odlatuje. Nauczył mnie barw, których zawsze pragnąłem kosztem większym, niż się spodziewałem. Zniszczyłem świat nad moją głową, który rozpadł się na zawsze. Zmrużyłem oczy, unosząc dłoń, by zasłonić słońce. Jego promienie przemknęły mi między palcami. Byłem naiwny, myśląc, że uda mi się pochwycić słońce. Zawsze było daleko, poza moim zasięgiem. Mimo, że zyskałem kolory, straciłem coś o wiele cenniejszego.
— Wysłuchaj teraz moich słów, mingyu.
— Dlaczego więc odlatujesz? — spytałem, patrząc na oddalające się skrzydła motyla.
— Pytasz słońca, czy nie wzejdzie następnego dnia?
Odwróciłem się, zdając sobie sprawę, że wcale nie zniszczyłem świata nad moją głową, a jedynie połączyłem go ze swoim. Nie był to sen, choć snem się wydawał.
— Chcę, byś zmienił imię.
— Nie chcesz, bym nazywał się mingyu? — spytałem, czując jak mimo łez, kąciki moich ust unoszą się w uśmiechu. Skinął głową. Mój świat, moje słońce, mój barwny motyl. — Więc, jak chcesz, bym się nazywał?
— Chcę, byś nazywał się Mingyu — oznajmił.
Jego W stało się moim M, mimo że tak naprawdę nigdy nie byliśmy swoim odbiciem. Nie musieliśmy błagać o zaćmienie, by słońce mogło pocałować księżyc, ponieważ już nigdy nie mijaliśmy się na niebie.

BAKSU! JJKA JJAK JJAK JJAK! ♥3♥
OdpowiedzUsuńJuż myślałam, że się pogniewam na ciebie za tę końcówkę, ale na szczęście zostałam usatysfakcjonowana ♥
OdpowiedzUsuńPisz więcej.
Pozdro.
Elo.
jak ty pięknie piszesz ;-; niesamowicie mi się podobał pomysł i klimat, całe opowiadanie miało taką fantazyjną, nieco surrealistyczną atmosferę. scena z kroplą deszczu/łzą spadającą z nieba była piękna, podobnie jak moment w którym mingyu i wonwoo spotkali się w koronie drzewa. wciąż się zastanawiam, czy spotkali się naprawdę, czy też barwny świat nad głową mingyu był tylko odbiciem jego ideałów i pragnień, które mogły urzeczywistnić się jedynie poprzez scalenie tych dwóch światów. ucieszyło mnie też, że ulubionym kolorem wonwoo jest szary. czasem ukochana osoba potrafi w nas docenić coś, o czym nie mieliśmy pojęcia, że może być w jakikolwiek sposób wartościowe. i tak inni uczą nas kochać siebie, a my uczymy ich. niezależnie od tego kim bądź czym był wonwoo, cieszę się że pojawił się w życiu mingyu. zdawał się dobrze rozumieć, że jasna i ciemna strona człowieka powinny ze sobą koegzystować. rozczuliło mnie zilustrowanie tego za pomocą tych ptaszków w gnieździe c: no i symbolika słońca i księżyca. oba są istotne i potrafią być inspirujące. oczywiście, bez światła słonecznego, księżyc byłby niewidoczny. ale fakt, że przyjmuje na swoją tarczę to światło i dzieli się nim z ziemią, kiedy słońce zajdzie, sprawia że jest równie ważny i piękny, rozjaśniając mroki nocy! ich spotkanie w koronie drzewa skojarzyło mi się z piosenką panic! at the disco - when the day met the night~ och, no i literki! już w jednym opowiadaniu na tym blogu się ten motyw odwrócenia pojawił, ale u ciebie nabrał zupełnie nowego znaczenia! ogólnie świetne wykorzystanie, hm... przestrzeni? tego, że świat wonwoo znajduje się jakby nad światem mingyu, a to wiąże się z różnymi przestrzennymi odwróceniami, jak z tą łzą, albo skakaniem z przepaści, a także ze słońcem i księżycem i literkami. super pomyślane to było! przepraszam za tak nieskładny komentarz, to opowiadanie zasługuje na wiele więcej słów, ale moje myśli są okropnie rozbiegane.
OdpowiedzUsuńdziękuję za podzielenie się tu tą historią i życzę ci miłego wieczoru!
shizu