Promienie słońca przywitały uśmiechniętego Jisoo, muskając swoim ciepłem jego rumiane policzki. Chłopak lubił wstawać wcześnie rano. Odkąd sięgał pamięcią, zawsze pomagał rodzicom w gospodarstwie. Praca na wsi bywała ciężka, ale nigdy nie skarżył się na nadmiar obowiązków. Może dlatego, że całe dnie spędzał ze swoimi przyjaciółkami. Z przyjaciółkami, które zawsze były gotowe wysłuchać jego problemów i zmartwień. A może nie były to zwykłe przyjaciółki? Traktował je jak część swojej rodziny. Jak siostry.
— Dzień dobry, drogie panie! — oznajmił z entuzjazmem, wchodząc do kurnika. Lubił tu przesiadywać. Czasami, kiedy potrzebował chwili dla siebie, przychodził tu i zwierzał się swoim wiernym słuchaczkom.
Każda kura była dla Jisoo kimś więcej, niż zwykłym zwierzęciem. Czuł, że one go rozumieją. Gdakały z troską i przejęciem, kiedy zapłakany chował się w kurniku albo śmiały się razem z nim, kiedy miał dobry humor. Czuł, że znają go tak samo dobrze, jak on znał je.
— Witaj, Emmo. Witaj, Audrey — powiedział z uśmiechem, kucając z koszykiem przed swoimi przyjaciółkami. Wyciągnął z kieszeni ziarna, podając je na dłoni. Następnie sięgnął po czekające na niego jajka, unosząc je ostrożnie, niemal z czułością i ocierając o koszulkę. — Dziękuję za jajka, Emmo. Dziękuję, Audrey. Księżniczko, tobie również dziękuję — oznajmił, chowając cenne zdobycze do koszyka.
Zawsze to robił. Dziękował każdej kurze za złożenie jajka i za pozwolenie, by je zabrać. Uważał, że kury mu ufają, dlatego z takim spokojem mu na to pozwalały. Przeszedł ostrożnie w kucki w głąb kurnika, chcąc sprawdzić, jak miewają się jego pozostałe przyjaciółki, kiedy usłyszał nagle głośne gdakanie. Przestraszone kury wbiegły do środka, machając skrzydłami, aż musiał się osłonić rękoma. Zdezorientowany wydostał się na zewnątrz, czując, jak jego policzki czerwienią się z nagłej irytacji na widok kreatora tego całego chaosu.
— To wcale nie jest zabawne — westchnął ciężko, patrząc, jak jego przyjaciel Jeonghan straszy kury swoim rowerem. Miał tylko nadzieję, że się zgrywał, a tak naprawdę nie zamierzał przejechać jego przyjaciółek.
— Spałeś w kurniku? — spytał zaskoczony, a jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Zacisnął palce na kierownicy, pochylając się do przodu, by zapanować nad śmiechem.
— Zbierałem jajka — wyznał zgodnie z prawdą, pokazując mu koszyk. Nawet nie miał okazji pożegnać się z kurami. Nigdy nie wychodził bez słowa, ale wiedział, że nie może powiedzieć tego przyjacielowi z oczywistego powodu. Jeonghan nie wychowywał się na wsi, tak jak on. Nie pracował na farmie, nie miał nawet styczności ze zwierzętami. Przyjeżdżał tu tylko w poszukiwaniu rozrywki.
— Naprawdę zamierzasz robić to do końca życia? Gadać z kurami i odprawiać modły przy zabieraniu im jajek? Kurze móżdżki. To zwykłe ptaki — prychnął, na co palce Jisoo zacisnęły się mocno na koszyku.
— Wolę gadać z nimi niż z tobą. Jestem zajęty — odparł cicho, odwracając się. Zawsze traktował Jeonghana jak przyjaciela. Byli w tym samym wieku i jako jedyny utrzymywał z nim kontakt, mimo że naprawdę się różnili. Właśnie z powodu tych różnic dochodziło między nimi do zgrzytów.
Jisoo ukucnął przy kogucie Napoleonie, wysypując przed nim ziarna z kieszeni. Kąciki jego ust uniosły się delikatnie. Kury nie różniły się dla niego od kotów. Dawały mu się głaskać, siadały mu między nogami i odpoczywały razem z nim, kiedy zmęczony opierał się o ścianę kurnika, zupełnie, jakby doskonale wyczuwały jego emocje. No i maleńkie, i puchate pisklaki były zupełnie jak kociaki. Ciekawskie i głośne. Jeonghan tego nie rozumiał, a dyskusja z nim na ten temat była zbędna.
— Nie obrażaj się, Jisoo! — Jeonghan jęknął głośno, puszczając rower, który upadł na bok. Stanął przed przyjacielem ze skrzyżowanymi rękoma na piersi, tupiąc nogą. Napoleon w ten samej chwili złapał jego sznurówkę, na co chłopak machnął nogą w powietrzu, starając się odstraszyć agresywnego koguta.
Jisoo pomyślał, że Napoleon specjalnie chce nastraszyć Jeonghana za jego poprzednie słowa. Obydwoje walczyli przez dobrą chwilę. Napoleon wymachujący skrzydłami, a Jeonghan kopiący powietrze w nadziei, że odgoni od siebie uporczywego rywala. Pojedynek skończył się jednak wygraną dla koguta i przebiegnięciem całego okrążenia wokół kurnika dla chłopaka.
— Zasłużyłeś na to — oznajmił Jisoo z uśmiechem, patrząc, jak dyszący ciężko Jeonghan opiera dłonie na kolanach, pochylając się do przodu.
— To kura czy bulldog? — wysapał ze zmęczeniem.
Był to kogut, ale dla Jeonghana nie robiło to żadnej różnicy.
— Nieważne — mruknął, zaczesując do tyłu kosmyki włosów, które zaczęły wchodzić mu w oczy. — Nie uważasz, że powinieneś w końcu coś w sobie zmienić? Jesteś młody, powinieneś się bawić, randkować! Jedyne randki, na których byłeś to te w kurniku. Nie chcę, by mój przyjaciel był samotnikiem do końca swojego życia — oznajmił, łapiąc się pod boki.
Ale Jisoo nie czuł się samotny. Miał wielu przyjaciół. Jeonghana, Napoleona, Emmę, Audrey, Księżniczkę... To mu wystarczało.
— Dobrze bawię się tutaj — zapewnił ze szczerym uśmiechem. Jeonghan wywrócił oczami.
— Imprezy w kurniku się nie liczą. Dlaczego nie możesz zachowywać się normalnie? — spytał, stając przed nim naprawdę blisko. Gdyby nie koszyk, który Jisoo trzymał przed sobą, z pewnością zbliżyłby się jeszcze bardziej. — Masz jakieś ciuchy, które nie śmierdzą kurami?
— Co? Wcale nie śmierdzą — odparł, łapiąc koszulkę na piersi i ją wąchając. Poczuł dłonie przyjaciela na swoich ramionach i aż się wzdrygnął. W oczach Jeonghana pojawiły się iskierki. Iskierki, które mogły zwiastować naprawdę wiele. Dołączył do nich krzywy uśmieszek. Brakowało mu tylko diabelskich różek do kompletu.
— Dzisiejszej nocy pożegnamy się ze starym Jisoo — oznajmił z powagą, unosząc jego głowę za podbródek. Ich czoła niemal się zderzyły.
— Co masz na myśli? — spytał zdezorientowany, przyciskając koszyk z jajkami do piersi. Jeonghan odpowiedział mu jedynie uśmiechem. Uśmiechem, który mógł oznaczać wszystko.
***
— Co to jest? — westchnął zdezorientowany Jisoo, kiedy Jeonghan wcisnął mu ubrania, które dla niego przygotował.
— Nie marudź, tylko się przebieraj — polecił.
Jisoo myślał, że wypad do miasta będzie zwykłym spędzeniem czasu we dwoje, jako przyjaciele. Dlaczego miał przebierać się na tylnym siedzeniu w samochodzie Jeongnana w ubrania, które przygotował mu przyjaciel? I dlaczego w ogóle zgodził się na to wszystko? Nie potrafił znaleźć logicznej odpowiedzi na te pytania. Na dodatek było już późno, a rano musiał zająć się kurami. Nigdy nie wymigiwał się od obowiązków i nie przegapiał nawet najwcześniejszych budzików.
— Przebrałeś się? — spytał zniecierpliwiony Jeonghan.
— Tak.
Jeonghan odwrócił się na siedzeniu kierowcy, oglądając uważnie przyjaciela. Uśmiechnął się szeroko, poprawiając na nim koszulę i rozpinając mu wiecznie zapięty pod samą szyją guzik.
— Zapomnij o tym, że jesteś Jisoo. Od teraz nazywasz się... Jishua — oznajmił, robiąc mu przedziałek i odgarniając na boki włosy.
— Jishua? To nie brzmi najlepiej — zauważył.
— W takim razie wymyśl coś lepszego.
Jisoo zagryzł dolną wargę, nie rozumiejąc w ogóle, dlaczego jego przyjaciel prosi go o wymyślenie nowego imienia. Po krótkiej chwili namysłu uniósł wzrok, patrząc w błyszczące oczy Jeonghana.
— Joshua? — spytał niepewnie, bojąc się jego reakcji.
— Joshua brzmi seksi! Jesteś teraz pewnym siebie i wyluzowanym Joshuą. Zapomnij o kurach, zapomnij o swoim dotychczasowym życiu. To ma być twoja noc — oznajmił z entuzjazmem, po czym wysiadł z samochodu. Otworzył energicznie drzwi od strony Jisoo, który aż podskoczył na tylnym siedzeniu. — Idziemy na twoją pierwszą prawdziwą imprezę — dodał, chwytając jego dłoń i wyciągając go z samochodu.
— Imprezę? — powtórzył zaskoczony.
Nigdy nie był na żadnej imprezie. Może rodzinnym przyjęciu tak, ale impreza? To słowo w ogóle nie występowało w jego słowniku. Miał bawić się wśród obcych o tak późnej porze? Próbował znaleźć jakaś wymówkę, ale w jego głowie była pustka. Oparł się ciężko o samochód, patrząc w nocne niebo, które na wsi miało jakoś więcej gwiazd niż w mieście, a przynajmniej tak mu się zdawało.
Jeonghan przerwał tę długą cieszę. Wyciągnął z kieszeni spodni telefon, po czym stanął przy nim blisko. Jisoo poczuł aż na swoim policzku jego oddech. Ich twarze naprawdę dzieliły milimetry. Nie wiedział, co oznacza to nagłe i niespodziewane zbliżenie, ale w tej samej chwili ujrzał swoją twarz w kamerce telefonu. Jeonghan zrobił im zdjęcie. Zdjęcie, na którym zamiast Jisoo musiał znajdować się jakiś inny chłopak.
— Wyglądasz lepiej ode mnie. To naprawdę niesprawiedliwe — mruknął nadąsany Jeonghan, chcąc dodać mu odwagi. — A więc? Jesteś gotowy, Joshuo? — spytał.
A więc chłopak na zdjęciu nazywał się Joshua. Co lubił Joshua? Czy był imprezowiczem? Czy różnił się dużo od Jisoo? Naprawdę chciał znać te odpowiedzi.
— Jestem gotowy — zapewnił, choć nie był pewien, czy wypowiedział te słowa świadomie.
*
Impreza w klubie różniła się od rodzinnych przyjęć, na które uczęszczał Jisoo i to znacznie. Głośna muzyka, tańczący ludzie, alkohol. Było to zupełnie nowe połączenie, którego nigdy wcześniej nie próbował. Joshua chyba był prawdziwym imprezowiczem, a przynajmniej tak mu się wydawało. Poruszające się kolorowe światła zaczęły dziwnie się przed nim zamazywać, a słowa płynące z głośników zamieniły się w niewyraźny bełkot. Jeonghan też zaczął wyglądać zupełnie inaczej. Tak zabawniej. Jisoo uniósł palec, wskazując na jego twarz, po czym roześmiał się. Był to śmiech niekontrolowany i szczery. Ale dlaczego był tak rozbawiony?
— Jesteś pijany — westchnął ciężko Jeonghan, ciągnąc go za ramiona w kierunku wyjścia. Nie mógł uwierzyć w to, że jego przyjaciel upije się tak szybko i to po kilku drinkach.
Nogi Jisoo były niezwykle powolne i ciężkie. Wirowało mu przed oczami od świateł, mimo że udało im się wyjść z klubu. Głośna muzyka nie opuszczała wciąż jego głowy. Nie potrafił nawet rozróżnić samochodu Jeonghana, więc oparł się jedynie na jego ramieniu, pozwalając przyjacielowi, by ten go prowadził.
— Dlaczego wracamy? — mruknął, wiercąc się przed otwartymi przednimi drzwiami od strony pasażera.
— Wracamy, bo nie jesteś w stanie stać prosto. Jak można mieć taką słabą głowę? — westchnął ciężko Jeonghan, próbując zapakować go do środka, co było w tej chwili niewykonalne.
— Jeonghan... — wybełkotał, wpadając w jego ramiona. Ścisnął go boleśnie, odbierając mu dech. — Cieszę się, że mnie tu zabrałeś... Jesteś moim przyjacielem — powiedział, kładąc dłonie na jego policzkach. Dlaczego miał przed sobą dwa Jeonghany? Który z nich był prawdziwy? Znów roześmiał się, bo wydało to mu się dziwnie zabawne.
— Odstawię cię do domu — westchnął ciężko z poczuciem winy. Zależało mu tylko na tym, by jego przyjaciel się wyluzował i oderwał choć na chwilę od rzeczywistości. Był to błąd. Żałował, że nie zabrał go w inne miejsce.
Jisoo, a może był to Joshua, zakołysał się na boki, trzymając dłonie na policzkach przyjaciela. Wciąż słyszał muzykę, nucąc ją nieudolnie. Nie potrafił powiedzieć o czym myślał, a może nie myślał w ogóle? Popchnięty przez niewidzialną rękę, runął w ramiona Jeonghana, a wtedy zderzyli się czołami.
— Aj! Postradałeś rozum już całkowicie…?
Może naprawdę go postradał. Dlaczego w innym przypadku miałby całować najlepszego przyjaciela? Jisoo zacisnął mocno powieki z cichym pomrukiem. Usta Jeonghana były przyjemnie miękkie. Przypominały jakiś owoc, którego nazwy w ogóle nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć. Był to też jego pierwszy pocałunek, czego nawet w tej chwili nie był świadomy.
Jeonghan nie odepchnął go od siebie, mimo że właśnie to zamierzał zrobić. Czy dyskutowanie z pijanym i nieświadomym niczego Jisoo miało jakikolwiek sens? Jeonghan był pewny tego, że jego przyjaciel nie będzie nic z tego pamiętał, więc po co miałby robić mu sceny? Pocałunek nie był tragiczny, choć naprawdę nieudolny. Nie smakował ekscytacją, a wszystkimi zmieszanymi ze sobą drinkami, które tej nocy wypił Jisoo. Mógł trwać kilka sekund, choć w tej chwili czas wydawał się dziwnie spowolnić. Jeonghan jego pierwszy odsunął się, od razu ocierając wilgotne wargi ręką. Westchnął ciężko, wykorzystując moment, w którym Jisoo stał grzecznie i asekurując dłonią jego głowę, wepchnął go do samochodu. Postanowił w ogóle nie myśleć o pocałunku i udawać, że nie miał on miejsca. I tak nic nie znaczył, a zapewne Jisoo wolał przeżyć swój pierwszy pocałunek w inny sposób, a nie przelizując się po pijaku z przyjacielem.
Ta noc miała być niezapomniana i właśnie taka była, a na pewno dla Jeonghana. Jisoo spał przez większość drogi, budząc się dopiero, kiedy ulica, którą jechali zamieniła się w nierówną drogę. Jego twarz wyglądała dziwnie zielono i nim Jeonghan zdążył zatrzymać samochód i wyprowadzić go na zewnątrz, drinki, które postawił przyjacielowi w akcie przyjaźni znalazły się na wycieraczce pod nogami Jisoo.
— Nie mogłeś wytrzymać jeszcze trochę?
Nie uzyskał jednak odpowiedzi.
Po zwymiotowaniu całej tej zabójczej mieszanki, Jisoo poczuł się trochę lepiej. Był zmęczony i marzył jedynie o położeniu się do łóżka. Nie miał pojęcia, która jest godzina oraz, ile czasu pozostało do świtu, ale chciał przespać się przynajmniej godzinę.
— Dasz radę dojść sam? — spytał zaniepokojony Jeonghan, obwiniając się o stan, w jakim znalazł się jego przyjaciel.
— Jedź. Wystarczy, że wejdę do domu — zauważył, wskazując palcem na zgaszone wszędzie światła. Może jego rodzice nie zorientowali się, że wrócił tak późno? Wysiadł z samochodu z gracją słonia w porcelanie, zamykając drzwi z głośnym hukiem. Skulił się momentalnie, przyciskając dłonie do uszu i patrząc, czy przypadkiem nikogo nie zbudził ten hałas. Może tylko w jego głowie odbił się takim echem?
Samochód Jeonghana odjechał wolno, a wtedy po wzięciu głębokiego wdechu, ruszył przed siebie. Wpadł na płot, potykając się o własne nogi i co chwila lądując na kolanach. Chciał tylko znaleźć się w łóżku. W ciepłym łóżku, pod pościelą. Czy zawsze musiał schylać się, by zmieścić się w drzwiach od domu? Z niemal całkowicie zamkniętymi oczami wszedł na czworakach do kurnika, słysząc, jak jego przyjaciółki wymachują skrzydłami. Gdzie było jego łóżko? Dlaczego nie mógł go odnaleźć? Złapał się grzędy, nie kontrolując swoich nóg, które znów ugięły się pod nim niekontrolowanie. Kury wzbiły się w powietrze, uderzając go skrzydłami. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że tak nie wygląda jego pokój. Wystraszone kury nie pomagały mu w ogóle w opuszczeniu kurnika. Zaplątał się we własnych nogach, łamiąc grzędę i lądując na jajkach, które rozbryzgały się na jego koszuli.
— Jisoo?! Coś ty zrobił? Jak ty wyglądasz?
To chyba był głos jego mamy. A może odezwała się tylko w jego śnie? Zakrył oczy dłonią, osłaniając je od światła latarki. Chciało mu się spać i to tak bardzo, że jego głowa sama opadła na twardą podłogę.
***
Na wieść, co wydarzyło się w kurniku, Jisoo nie mógł to uwierzyć. Obudził się obolały przy sedesie, obejmując go mocno i czując mdłości. Ubranie, które miał na sobie nie należało do niego. Koszulę miał w rozbitych jajkach, we włosach pełno siana. Czuł się okropnie, na dodatek niczego nie pamiętał. Wydarzenia z nocy były dla niego jak sen. Dlaczego więc nie mógł po prostu się z niego wybudzić?
Może jego rodzice przesadzali z troski? Może wyolbrzymili całą tę historię? Tak sobie powtarzał w myślach, dopóki nie ujrzał zniszczonego kurnika. Ten widok złamał mu serce. Wszedł do środka bez chwili namysłu, widząc połamaną grzędę i leżące wokół skorupki po stłuczonych jajkach. Nie były to małe szkody. Naprawienie całego kurnika wymagało sporej inwestycji, na którą jego rodzice nie mogli sobie pozwolić.
— Przepraszam — jęknął ze smutkiem, kucając przy jedzących ziarno kurach. Pogładził pstrokate pióra Audrey, a potem białe pióra Księżniczki. Chciał przeprosić każdą kurę z osobna, ale nie był w stanie wydusić z siebie kolejnych słów.
Był zły na siebie za to, że bezmyślnie upił się w klubie i swoją lekkomyślnością doprowadził do zniszczenia kurnika. Zdawał sobie sprawę z tego, że zawiódł rodziców i było mu niewyobrażalnie wstyd. Jego oszczędności nie wystarczały na całkowite pokrycie kosztów naprawy, co łamało mu serce jeszcze bardziej. Usiadł za kurnikiem, opierając o niego plecy. Z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie, a niesamowicie silny smutek ścisnął boleśnie jego gardło. Audrey przydreptała do niego, dziobiąc go po kieszeniach, więc wziął ją na kolana jak kociaka.
— Wiedziałem, że tu będziesz — usłyszał nad sobą. Nie musiał nawet unosić wzroku, by wiedzieć, do kogo należy ten głos. Myślał, że na widok Jeonghana poczuje gniew, ale czy złość w czymkolwiek by pomogła? To na siebie się gniewał.
Jeonghan usiadł przy nim, aż ich ramiona się dotknęły. Obejrzał go dokładnie, sprawdzając, w jakim jest stanie. Wyglądało na to, że wciąż miał kaca. Wzrok Jisoo był nieobecny, co było naprawdę zaskakujące, bo w jego oczach zawsze można było dostrzec iskierki radności.
— Dostałeś ochrzan? — spytał go w końcu.
— Chciałbym dostać tylko ochrzan — mruknął, głaszcząc delikatnie piórka Audrey, która spokojnie siedziała na jego kolanach. Poczuł nagłą potrzebę wyżalenia się i zwierzenia przyjacielowi, mimo że spodziewał się braku zrozumienia. Jeonghan już taki był. Potrafił wszystko obrócić w żart. Może właśnie w tej chwili Jisoo na to liczył? Że to wszystko okaże się zwykłym żartem.
— Zrobiłeś coś, czego żałujesz? — spytał niepewnie Jeonghan, mając nadzieję, że nie ma na myśli ich pocałunku przed klubem. Chciał zapewnić go, żeby w ogóle się tym nie przejmował, bo były to zwykłe wygłupy, ale Jisoo w tej samej chwili spojrzał na niego ze smutkiem.
— Zniszczyłem kurnik — wyznał.
— No wiesz. To nie jest najbardziej szalona rzecz, jaką można zrobić po pijaku — zauważył, drapiąc się niepewnie po głowie. Jisoo jednak spuścił wzrok, nie mogąc zapanować nad drżącymi wargami. — I co z tego, że rozwaliłeś kurnik? Naprawi się go. Nie masz pieniędzy? O to chodzi? Chcesz, bym załatwił ci jakąś pracę? — spytał Jeonghan, trącając go w ramię.
— Naprawdę mógłbyś to zrobić? Nie wiem, jak mogę ci się odwdzięczyć!
Rzucił się przyjacielowi w ramiona, uważając, by nie wystraszyć Audrey, która ułożyła się wygodnie między jego nogami.
— Mogę zrobić przynajmniej tyle. W końcu to ja namówiłem cię na imprezę — mruknął, czując, jak ramiona Jisoo owijają się mocno wokół jego szyi. Niepewnie poklepał go po plecach, trwając w jego ciasnym objęciu.
*
Jeonghan miał nadzwyczajnie dobry humor, co było całkiem miłym zaskoczeniem. Niemarudzący Jeonghan z rana był naprawdę rzadkim zjawiskiem. Jisoo czuł dziwny ucisk w piersi i tłumaczył to zwykłym stresem. Jego przyjaciel nie chciał zdradzić mu, jaką pracę mu załatwił, tłumacząc, że będzie to niespodzianka.
— Padniesz, jeśli się dowiesz. To miejsce jest w sam raz dla ciebie — zapewnił, zakrywając mu oczy rękoma. Popchnął go delikatnie, prowadząc ostrożnie. — Gotowy? Uwaga! Ta dam! — zawołał z entuzjazmem, unosząc ręce.
Jisoo otworzył oczy, rozglądając się uważnie. Pierwsze, co ujrzał to restauracja, a potem jego uwagę przykuł szyld i nazwa „Pod Chrupiącym Kurczakiem”. Nogi ugięły się pod nim, a wokół szyi zacisnął się niewidzialny węzeł. Jeonghan wspominał tylko, że to coś związanego ze zwierzętami, więc Jisoo myślał o jakimś schronisku albo sklepie. Nigdy nie pomyślałby, że jego przyjaciel załatwi mu pracę w restauracji z kurczakiem.
— I co? Aż oniemiałeś — Jeonghan zachichotał, opierając się na jego ramieniu. Jisoo jednak odepchnął go od siebie, patrząc na niego z żalem.
— To nieśmieszny żart? — spytał, czując, jak jego serce pęka na miliony kawałków.
— Żart? Dlaczego miałbym żartować? Potrzebujesz pracy, więc ci ją załatwiłem — zauważył, nie rozumiejąc dziwnej reakcji przyjaciela. — Posmażysz kurczaczki i za zarobione pieniądze wybudujesz zamek dla swoich ptasich sióstr — oznajmił z uśmiechem, którego Jisoo nie był w stanie odwzajemnić.
— Świnia…
— To restauracja z kurczakami, nie ze świniakami — oznajmił, wskazując na logo z kurczakiem.
— Nie. To ty jesteś świnią. By przyprowadzać mnie w takie miejsce? Chciałeś ze mnie zażartować?
Oczy Jisoo zaszły łzami. Zacisnął mocno pięści, które aż zadrżały. To miejsce przyprawiało go o dreszcze. Oczywiście nie stał przed drzwiami od rzeźnika, ale czy to była różnica? Czuł niewyobrażalny smutek i rozczarowanie. Nie potrafił nawet zebrać myśli. Głośne westchnienie Jeonghana sprowadziło go z powrotem na ziemię.
— A więc robisz sceny z powodu kurczaków? Myślałem, że ci się tu spodoba — mruknął z irytacją, krzyżując ramiona na piersi.
— Nie mogę tu pracować. Kury to moje przyjaciółki…
— Przecież nie będziesz smażył swoich kur — westchnął, wywracając oczami. — No i nie udawaj teraz takiego świętego. Co robisz z tymi wszystkimi jajkami, które zbierasz? Polerujesz i ustawiasz na półce w pokoju? Odprawiasz rytuał przed konsumpcją, wznosząc modły? Nigdy nie jadłeś smażonego kurczaka? — prychnął.
— Ty… Ty nie rozumiesz.
— Masz rację. Nie rozumiem. Nie było łatwo załatwić ci tę pracę. Mam tak po prostu powiedzieć, że mój odpowiedzialny przyjaciel, za którego poręczyłem postanowił zrezygnować, bo słyszy wołanie smażonych kurczaków? Możesz odejść, jeśli nie potrzebujesz pieniędzy i nie zależy ci na mojej reputacji — rzucił gniewnie.
Problem polegał na tym, że Jisoo naprawdę potrzebował pieniędzy, a tym bardziej nie chciał stawiać przyjaciela w złym świetle. Od dziecka zajmował się małymi kurczakami, traktując je jak członków rodziny. To on wymyślał wszystkie imiona kurom. Przesiadywał godzinami w kurniku, zwierzał im się ze swoich zmartwień. A teraz? Miał zwierzyć im się z tego, że smaży kurczaki? To łamało mu serce.
— Przepraszam, Jeonghanie — westchnął z trudem. — Potrzebuję pieniędzy i dziękuję za twoją pomoc. Kiedy zarobię wystarczającą sumę, będę mógł odejść, prawda? — spytał, na co ten skinął głową.
— Jasne. A teraz wejdź do środka. Muszę cię komuś przedstawić — oznajmił, łapiąc go za rękę. — Jeśli boisz się wejść jako Jisoo, zrób to jako Joshua — dodał z uśmiechem.
Może to był sposób na przetrwanie tego dnia? Serce Jisoo było czyste i niewinne, więc to był moment, by przekonać się, jak wygląda serce Joshuy.
koniec części pierwszej…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz