Chan nawet nie znał jego imienia. Widział go pierwszy raz w życiu. Może kiedyś minęli się w parku, albo chodzili do tego samego sklepu. Może usiedli obok siebie w autobusie i wymienili szybkim spojrzeniem. Nic ich nie łączyło. Byli dla siebie obcymi. Dlaczego więc teraz Chan klękał na ulicy, trzymając głowę tego chłopaka na swoich kolanach? W ogóle nie słyszał hałasu, ani nie widział zbiegowiska ludzi, którzy mu się przypatrywali. Był jak w transie. Do jego uszu dochodził tylko cichy dźwięk, który wydawał z siebie leżący na jego kolanach chłopak. Oddychał ciężko, a jego powieki co chwila stawały się coraz cięższe. Gęsta krew spływała z jego skroni, lepiąc jego włosy. Dłonie Chana były w niej całe zabrudzone. Nie cofnął ich jednak. Nie potrafił. Rozejrzał się rozpaczliwie, szukając wzrokiem karetki. Dlaczego jeszcze nie przyjechała?
Spojrzał jeszcze raz na twarz chłopaka, widząc, jak oddycha z coraz większym trudem. Między jego brwiami powstała bruzda, a spod powieki wypłynęła łza. Chan chciał ją otrzeć, ale tylko ją rozmazał, pozostawiając na policzku chłopaka krwawą smugę.
— Proszę, wytrzymaj jeszcze trochę — szepnął. Nie miał pojęcia, dlaczego tak emocjonalnie do tego podchodził. Czy reagował tak, ponieważ ten wypadek zdarzył się na jego oczach? Bo kilka metrów od niego nieznajomy chłopak wyskoczył pod pędzący samochód. Cały czas miał przed oczami ten obraz. Miał wrażenie, że jego mózg zarejestrował wszystko w zwolnionym tempie. Widział, jak ciało chłopaka zderza się z maską samochodu, jak leci do tyłu i upada z głuchym jękiem na jezdnie. Ich wzrok się spotkał, zupełnie przypadkiem. Patrzył na niego zeszklonymi oczami, a jego twarz przepełniona była bólem. Wyglądało jakby prosił go o pomóc. Dlatego Chan od razu do niego podbiegł.
Głośny dźwięk syren sprowadził Chana na ziemię. Czas znowu zaczął płynąć normlanym tempem. Dopiero teraz zauważył, ilu ludzi się wokół niego zebrało. Spojrzał na swoje zakrwawione dłonie i wzdrygnął się. Lekarze odciągnęli go od poszkodowanego chłopaka, pytając, czy nic mu nie jest. Nie potrafił na to odpowiedzieć. Nie był ranny. Jego ciało było zdrowe, jednak w środku był kłębkiem nerwów. Serce biło mu szybko w piersi, jakby się obwiniał o to, co się wydarzyło. Był świadkiem, czy może sprawcą? Miał wrażenie, że to on własnymi rękami pchnął nieznajomego chłopaka pod samochód.
Choi Seungcheol. Nazywał się Choi Seungcheol i miał dwadzieścia jeden lat. Pracował w osiedlowym sklepie, do którego Chan czasem przychodził, a wolnej chwili grywał w kosza na boisku, które znajdowało się niedaleko mieszkania młodszego chłopaka. Czy to był przypadek? Rozum Chana nie rejestrował ich spotkań, natomiast robiło to jego serce. Czyżby dlatego biło w szaleńczym tempie, kiedy był świadkiem wypadku Seungcheola?
Siedemnastolatek siedział na szpitalnym korytarzu. Sam nie wiedział, po co przyszedł. Słyszał, że Choi Seungcheol jest w śpiączce. Wmawiał sobie, że przyszedł tylko na chwilę, jednak siedział tu już od kilku godzin. Nikt nie odwiedził nieprzytomnego chłopaka. Tylko pielęgniarki co jakiś czas wchodziły do jego sali. Gdzie była jego rodzina i przyjaciele? Nie interesowali się jego zdrowiem? Tylko te myśli zakrzątały głowę Chana. Pragnął dowiedzieć się prawdy. Dlaczego Choi Seungcheol chciał popełnić samobójstwo?
W końcu Chan podniósł się z krzesła, orientując się, że bolą go wszystkie kości. Spędził w bezruchu zbyt dużo czasu. Rozciągnął się, wzdychając cicho. Ta część szpitala, w której się znajdował była pusta. Nie było tu zbyt wielu pacjentów. To dodało mu odwagi. Ruszył w stronę sali, w której leżał Seungcheol. Otworzył drzwi, wchodząc do środka. Poczuł ucisk w piersi, patrząc na nieprzytomnego chłopaka podłączonego do pikających cicho maszyn, które podtrzymywały go przy życiu. Miał opatrunek na głowie. Chan wciąż miał przed oczami krew spływające po jego skroni. Podszedł bliżej, wyciągając niewielki stołek spod łóżka. Usiadł na nim, kładąc niepewnie dłoń na ręku Seungcheola.
— Nazywam się Lee Chan — powiedział, po czym westchnął cicho. Wiedział, że go nie słyszy, mimo wszystko czuł potrzebę powiedzenia tego na głos. — Musiało cię coś trapić. Nie znamy się, ale jeśli będziesz kogoś potrzebować, będę tu — szepnął, patrząc na jego spokojną twarz. Wyglądał łagodnie, zupełnie jakby spał.
— Mam nadzieję, że chociaż podczas snu czujesz spokój.
Chan delikatnie zacisnął palce na dłoni Seungcheola. Pochylił się, opierając o łóżko. Zamknął oczy, chcąc, by i jego zmorzył sen, dając odpowiedzi na nurtujące go pytania.
*
Chan zatrzymał się przed boiskiem, widząc, jak grupka starszych chłopaków gra w kosza. Podszedł do siatki, zaciskając na niej palce. Uśmiechnął się sam do siebie. Uważał, że byli naprawdę nieźli. Wodził wzrokiem za piłką, która trafiła w obręcz i odbiła się od niej, lądując przy siatce, o którą się opierał. Jeden z chłopaków pobiegł po nią. Schylił się, podnosząc ją z ziemi. Uniósł wzrok, patrząc na Chana i uśmiechnął się do niego. W tym samym momencie serce w jego piersi zabiło szybciej. Twarz, którą miał przed sobą należała do Choi Seungcheola. Od razu w jego głowie pojawiło się wspomnienie wypadku, to jak Chan klękał na jezdni, jak jego dłonie były całe we krwi.
— Choi Seungcheol! — zawołał, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Przecież powinien leżeć w śpiączce w szpitalu.
— Znamy się? — Seungcheol zmarszczył brwi, patrząc niepewnie w stronę młodszego chłopaka. Po chwili obrócił się, patrząc przez ramię na swoich przyjaciół. Chwycił piłkę pod ramię. — To chyba pomyłka. Muszę wracać. Cześć — rzekł, odsuwając się od siatki. Po chwili dołączył z powrotem do swoich kolegów, zostawiając oszołomionego Chana samego.
Chłopak był zagmatwany. Może rzeczywiście się pomylił i to wcale nie był Choi Seungcheol. Przecież to niemożliwe, by wyszedł ze szpitala w takim stanie i grał teraz w kosza. Co z jego raną na głowie? Nie miał nawet opatrunku. To jednak nie dawało Chanowi spokoju. Wbiegł do szpitala, kierując się od razu do sali, którą nie tak dawno odwiedzał. Otworzył drzwi, zatrzymując się nagle. Łóżko, w którym wcześniej leżał Seungcheol było puste.
— Przepraszam, co tu robisz? — Chan wzdrygnął się, słysząc głos pielęgniarki.
*
— Przepraszam, co tu robisz? — Chan wzdrygnął się, czując, jak ktoś łapie go za ramię i delikatnie nim potrząsa. Dopiero po chwili zorientował się, że siedzi na stołku, oparty o łóżko, na którym leżał Choi Seungcheol. Chłopak zamrugał. Spojrzał na pielęgniarkę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Przecież przed chwilą ta sala była pusta.
— Jesteś z rodziny? Czas odwiedzin już się skończył — powiedziała pielęgniarka, popychając go delikatnie w stronę wyjścia. Czyżby wcześniej tylko śnił? Obraz grającego w kosza Seungcheola był zbyt prawdziwy, by mógł być zwykłą wyobraźnią. Chan zerknął jeszcze raz na nieprzytomnego chłopaka. Czy ten sen był podpowiedzią? Czy Chan widział przyszłość? Czy to oznaczało, że Seungcheol wydobrzeje i znowu będzie szczęśliwy? A może to była przeszłość, w której ukryta była odpowiedź. Odpowiedź, której chłopak potrzebował.
*
Tym razem Chan wiedział, że to sen. Wciąż nie był pewien, dlaczego śniąc, cofa się w czasie. Nie zamierzał jednak marnować tej szansy. Musiał odnaleźć Seungcheola i zyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Tym razem na boisku nikogo nie było, więc Chan ruszył w stronę osiedlowego sklepu, w którym pracował Choi Seungcheol. Nie wiedział jeszcze, co zrobi, gdy kto spotka. Nie mógł zapytać się go o wypadek, bo przecież nie miał on jeszcze miejsca. Był dla niego obcą osobą, więc obawiał się, że chłopak nie zechce z nim rozmawiać. Po co miałby dzielić się swoim prywatnym życiem z nastolatkiem? Chan jednak musiał zaryzykować. Może nie zmieni przeszłości, ale będzie mógł wpłynąć na przyszłość.
Dzwonek powieszony nad drzwiami sprawił, że Chan wzdrygnął się, kiedy tylko wszedł do sklepu.
— Dzień dobry. — Obrócił się w stronę lady, czując jak serce szaleje w jego piersi. Choi Seungcheol tu był. Stał przy kasie, nudząc się, bo nie było żadnych klientów. Chan westchnął cicho, starając się zachowywać naturalnie. Zniknął między regałami, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę, by brzmiała naturalnie. Nie mógł tak bezczelnie spytać, czy Seungcheol ma jakieś problemy. I tak pewnie by mu nie odpowiedział.
Chan chwycił butelkę z wodą, podchodząc do kasy. Postawił ją na ladzie, patrząc, jak Seungcheol w milczenie ją podlicza. Zacisnął dłonie w pięści, próbując się przełamać. Nie mógł tak po prostu się poddać.
— Ostatnio był wypadek — rzekł w końcu. Seungcheol uniósł głowę, patrząc na niego i słuchając go uważnie. Chan westchnął cicho. Wykonanie tego pierwszego kroku dodało mu trochę odwagi. — Jakiś chłopak wskoczył pod samochód. Leży teraz w śpiączce. Podobno to była próba samobójcza — powiedział, starając się, by głos mu nie zadrżał. W sumie to nie skłamał. Powiedział prawdę, która po prostu jeszcze się nie wydarzyła. Seungcheol zmarszczył brwi, zastanawiając się przez chwilę.
— Nie słyszałem o tym — odparł. Chan oparł się o ladę, nie chcąc, by ich konwersacja tak się urwała. Chwycił batonik, a następnie lizaka, kładąc je obok wody. Spojrzał na kalendarz znajdujący się za plecami Seungcheola. Zmrużył oczy. Był czternasty kwiecień, czyli dwa miesiące przed wypadkiem. Co musiało się wydarzyć, by w przeciągu tak krótkiego czasu Choi Seungcheol postanowił się zabić?
— Myślę, że coś dręczyło tego chłopaka. To przykre, że w tym czasach wiele młodych ludzi tłumi w sobie wszystkie emocje. Nie uważasz, że lepiej by było, gdyby się komuś wyżalił? Nawet jeśli nie miał rodziny ani przyjaciół, mógł powiedzieć o swoich problemach komuś obcemu. Komuś, kogo przypadkiem spotkał na ulicy, boisku bądź nawet w sklepie — powiedział, patrząc na niego niepewnie. Czy nie zagalopował się? Chciał tylko, by Seungcheol poczuł w nim wsparcie, by zwierzył się mu z tego, co chował w swoim sercu.
— Nie wiem, czy ludzie lubią tak dzielić się swoimi problemami z innymi. Wolą sami nosić te brzemię niż obarczać nim nieznajomych — odparł w końcu, patrząc Chanowi w oczy. Chłopak zaczął się zastanawiać, czy przed chwilą nie powiedział o sobie. Czy naprawdę bał się podzielić swoim ciężarem, by nikogo nie skrzywdzić? Wolał cierpieć samemu?
— Mi by to nie przeszkadzało. Jestem świetnym słuchaczem. Jeśli powiedziałbyś mi o swoich problemach, wysłuchałbym cię i wspierał — rzekł, czując jak serce zaczyna bić szybciej w jego piersi. Czekał na odpowiedź Seungcheola, ale on tylko się zaśmiał.
— Jesteś miłym dzieciakiem, ale nie powinieneś być taki ufny. Nigdy nie wiesz, przez co przechodzi druga osoba — powiedział. Po chwili wyciągnął torebkę i zapakował do niej zakupy Chana. Wrzucił do nich również drugiego batona, nie naliczając go nawet.
— Na koszt firmy. Uważaj na siebie dzieciaku i nie rozmawiaj z nieznajomymi — rzekł, podając mu jego zakupy. Chan westchnął cicho. Wiedział, że to nie będzie łatwe, ale nie poddawał się. Wyciągnął dłoń w stronę zdezorientowanego Seungcheola.
— Nazywam się Lee Chan — powiedział. Miał wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Serce w jego piersi wybijało szaleńczy rytm. Zacisnął palce na siatce z zakupami, nie spuszczając wzroku z twarzy starszego chłopaka. Nie potrafił nazwać emocji, które się na niej malowały. Czy był zirytowany nachalnością Chana? A może było to zupełnie co innego? Po chwili kąciki jego ust uniosły się w delikatnym uśmiechem. Pokręcił z niedowierzaniem głową i ujął wyciągniętą do niego dłoń.
— Choi Seungcheol. — Chan odetchnął głośno, słysząc jak chłopak wypowiada swoje imię i ściska jego dłoń. Ucisk w jego piersi zniknął. Zastąpił go spokój. Wierzył, że zdoła uratować Seungcheola.
***
Minął tydzień, odkąd Chan pierwszy raz cofnął się w śnie do przeszłości. Za każdym razem, kiedy spotykał Seungcheola, ten go nie pamiętał. Oznaczało to, że Chan nie może zmienić przeszłości, mógł jedynie zebrać informacje i dowiedzieć się jak najwięcej o Seungcheolu, by pomóc mu po wybudzeniu się ze śpiączki.
Chan zatrzymał się przed osiedlowym sklepem, patrząc przez szybę do środka. Zmarszczył brwi, bo przy ladzie stała jakaś dziewczyna. Czyżby Seungcheol miał wolne? Chłopak zmrużył oczy, patrząc na kalendarz zawieszony za plecami kasjerki. Był tydzień przed wypadkiem. To oznaczało, że Chanowi zostało mało czasu. Wcześniej myślał, że za każdym razem będzie mijać jeden dzień, nie spodziewał się takiego przeskoku. Poprzednim razem Seungcheol był jak zwykle pogodny i nic nie wyglądało, jakby zmagał się z jakimiś problemami. Czy nie było już za późno?
Chan pobiegł na boisko, mając nadzieję, że może tam go spotka. Zatrzymał się przy siatce, patrząc na grających chłopaków. Przez chwilę błądził wzrokiem po ich twarzach, szukając tej jednej. Przeklął w myślach, ponieważ Seungcheola tam nie było. Wiedział, że to może być jego ostatnia szansa. Postanowił zaryzykować. Nie mógł się wahać, ani dłużej czekać. Wrócił do sklepu, nabierając powietrze do płuc i starając się uspokoić walące w piersi serce. Stanął przed ladą, nawet nie próbując udawać, że chce coś kupić. Był tu tylko dla jednego celu.
— Przepraszam, ale pilnie potrzebuję adres do Choi Seungcheola — powiedział stanowczo. Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem, po czym westchnęła cicho.
— Poczekaj, zaraz ci podam — odparła, idąc na zaplecze. Chan odetchnął z ulgi. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że wstrzymuje powietrze. Uniósł wzrok, patrząc na zawieszony na ścianie zegar. Zbliżała się osiemnasta. Nie miał pojęcia, ile jeszcze zostało mu czasu, dlatego śpieszył się.
Chan stanął przed starą kamienicą, ściskając mocno w dłoni adres, który dała mu dziewczyna w sklepie. Serce w jego piersi wybijało szaleńczy rytm. Nie potrafił go uspokoić. Nie wiedział, co powiedzieć, kiedy spotka Seungcheola. W ogóle się nie zastanawiał. Pozwalał, by to emocje przejęły nad nim kontrole.
Czas mijał nieubłagalnie. Chan nie mógł go więcej marnować. Zacisnął palce na piersi, biorąc się w garść, po czym ruszył w stronę kamienicy. Wszedł po schodach, słysząc, jak jego kroki odbijają się echem po klatce. A może to jego serce tak waliło? Sam już nie był pewien. Zatrzymał się przed drzwiami z numerem 24. Jeszcze nigdy się tak nie stresował. Wyciągnął drżącą dłoń, zaciskając ją w pięść, po czym zapukał głośno. Cofnął się, słysząc kroki w po drugiej stronie. Zaczesał z nerwów włosy do tyłu i cicho westchnął. Był tak blisko od otrzymania odpowiedzi na dręczące go pytanie. Wzdrygnął się, kiedy drzwi otworzyły się i ujrzał Seungcheola. Poczuł dziwną ulgę. Jego ciało rozluźniło się, bo od jakiegoś czasu każdy jego mięsień był mocno napięty. Przyjrzał się uważnie starszemu chłopakowi, mając nadzieję, że uda mu się wyczytać emocje wymalowane na jego twarzy. Seungcheol westchnął cicho i oparł się o drzwi. Zmarszczył brwi, patrząc na Chana.
— Słucham? — rzekł, a wtedy Chan zorientował się, że jest on pijany. Ledwo co stał na nogach. Czy dlatego nie było go w pracy? Bo się upił? Nie czekając na nic, chwycił go pod ramię, wchodząc z nim do środka. Seungcheol nawet nie protestował. Oparł się na ramieniu młodszego chłopaka, wzdychając głośno. W kuchni na stole stały puste butelki i puszki. Seungcheol musiał wypić naprawdę sporą ilość alkoholu. Chan pomógł mu usiąść na kanapie. Sam zajął miejsce obok niego.
— Co się dzieje, Seungcheolu? — spytał. Chłopak zmrużył oczy, zastanawiając się, czy w ogóle go zna. Jego umysł był jednak zbyt otępiany i nie myślał trzeźwo.
— Mam tego dość — mruknął, wsuwając dłonie we włosy i mierzwiąc je. Nie wyglądał najlepiej. Wzdłuż kręgosłupa Chana przeszły dreszcze. Seungcheol miał tak dość swojego życia, że postawił rzucić się pod samochód? Ale dlaczego? Wciąż tego nie rozumiał.
— Pomogę ci — rzekł po chwili. Właśnie po to tu przyszedł. Chciał mu pomóc. Obiecał to leżącemu w śpiączce Seungcheolowi.
— Pomożesz mi? — Chłopak prychnął. Uniósł na niego wzrok. Mimo śmiechu, jego oczy przepełnione były smutkiem. Pokręcił z niedowierzaniem głową. — Jak chcesz to zrobić? Ty... Ja nawet cię nie znam — mruknął, studiując uważnie twarz Chana. Nie przypominał sobie, by go kiedyś spotkał. Może przypadkiem minęli się na ulicy, ale nic więcej ich nie łączyło.
— Masz jakieś problemy? — zapytał niepewnie Chan, ryzykując. Seungcheol był pijany i nawet nie udawał, że zmaga się z trudnościami.
— Problemy? — powtórzył, a następnie się zaśmiał. — Rzuciła mnie dziewczyna, wpadłem w nieciekawe towarzystwo i mam długi, nie starcza mi na życie, ojciec wyrzucił mnie z domu. Twierdzisz, że to nic takiego? — Jego głos przepełniony był bólem. Chan zagryzł wargi, jakby sam odczuwał smutek Seungcheola. Wyciągnął dłoń, kładąc ją na jego ramieniu, jakby chciał mu dodać otuchy. Wiedział, że było już za późno. Nie mógł wpłynąć na to, co miało się wydarzyć. Nie potrafił zmienić przeszłości. Seungcheol już leżał w szpitalu. Nawet jeśli teraz spróbowałby rozwiązać jego problemy, nic by to nie dało.
— Nie mam już nikogo. Takie życie nie ma sensu — jęknął po chwili Seungcheol, chowając twarz w dłoniach. Jego ciało zadrżało od szlochu. Chan westchnął cicho, gładząc go delikatnie po plecach. Kiedy poznał wszystkie powodu Seungcheola, jego serce w końcu się uspokoiło.
— Ja będę przy tobie — odpowiedział cicho. Zapłakany chłopak uniósł głowę, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami. Chan zaczął mieć wrażenie jakby wszystko zaczęło wirować przed jego oczami. Westchnął cicho, wiedząc, co to oznacza. Posłał Seungcheoli ostatni uśmiech zanim się obudził.
***
Chan siedział przy łóżku Seungcheola, trzymając jego dłoń. Już przestał liczyć dni. Wiedział jednak, że czas nie gra tu roli. Codziennie odwiedzał go w szpitalu i się nim zajmował. Przemywał jego twarz i golił zarost. Ostatnio nawet podciął mu grzywkę, bo końcówki jego włosów były tak długie, że zakręcały się i opadały mu na oczy. Po szkole pracował na pół etatu w osiedlowym sklepie, zbierając pieniądze, by potem móc pomóc Seungcheolowi. Wierzył, że to dopiero początek.
Chan zaczął robić się senny. Westchnął cicho, pochylając się i opierając łokcie na udach. Patrzył na spokojny wyraz twarzy Seungcheola. Nie miał już opatrunku na głowie. Tylko wygolony bok świadczył o tym, że wcześniej miał tam ranę.
— Wyglądasz jak rockman. Wygolona z boku głowa, nierówne kosmyki włosów — rzekł Chan, śmiejąc się cicho. — Przepraszam, trochę trzęsła mi się ręka, kiedy je obcinałem — dodał, rumieniąc się. Ujął mocniej dłoń chłopaka. Zawsze jego palce były ciepłe i miłe w dotyku. Delikatnie przejechał kciukiem po jego knykciach. Westchnął cicho, chcąc puścić jego dłoń i się podnieść, ale wtedy wyczuł jak palce Seungcheola delikatnie zaciskają się na jego. Z początku myślał, że tylko mu się to wydawało, że sam ścisnął tak jego dłoń, ale to nie była prawda. On tylko gładził jego kostki. Z niedowierzaniem patrzył jak palce chłopaka drgają. Nie mogło być to spowodowane uciśnięciem jakiegoś nerwu. Oznaczało to tylko jedno. Seungcheol się wybudzał.
— Już wołam lekarza — powiedział podekscytowany. Puścił jego dłoń, wybiegając z sali. Serce biło szybko w jego piersi. Nie sądził, że ta chwila nastąpi tak prędko.
Kiedy Chan przyszedł następnego dnia do szpitala, ujrzał jak Seungcheol siedzi oparty o stos poduszek. Trzymał w dłoni niewielkie lusterko i poprawiał swoje włosy. Po chwili wypadło mu z dłoni, upadając na jego pierś. Z pewnością jeszcze nie odzyskał wszystkich sił i jego palce wciąż były zgrabiałe. Westchnął cicho i uniósł wzrok, a wtedy zobaczył Chana. Chłopak podszedł do niego. Jeszcze nie zdążyli się oficjalnie poznać.
— Nazywam się...
— Miałem sen — przerwał mu nagle Seungcheol. Głos miał ochrypnięty i zmęczony, ale jego oczy lśniły, jakby ktoś uwięził w nich iskierki. Patrzył na Chana, a kąciki jego ust uniosły się w delikatnym uśmiechu. — Śnił mi się jakiś uparty dzieciak. Tym dzieciakiem byłeś ty, Chan — rzekł. Serce młodszego chłopaka zabiło szybciej w piersi. Nieświadomie ujął dłoń Seungcheola. Czyżby on też cofał się do przeszłości? To znaczyło, że obaj tak naprawdę szukali odpowiedzi na pytania i obaj zdołali je odnaleźć.
— Dziękuję — szepnął po chwili, ściskając mocniej palce Chana, na co młodszy chłopak uśmiechnął się. To był dla nich nowy początek. Nie byli w stanie wymazać przeszłości, jednak potrafili wykreować nową przyszłość.

Szczerze powiedziawszy jestem zaskoczona, że ty to napisałaś :D Cóż za głębia i wielowymiarowość. Bardzo nieoczywisty przebieg wydarzeń i rozwój, którego się nie spodziewałam. Baksu baksu baksu! W sumie to nie wiemy, co tak naprawdę było snem, przeszłością czy przyszłością, a przynajmniej ja uważam, że to nie takie oczywiste (ale ja lubię doszukiwać się takich rzeczy) : D
OdpowiedzUsuńPisz więcej i nie marudź. Elo.