Czwarta
nad ranem.
Mingyu
ziewnął przeciągle i szczelniej otulił się kocem. Wszystko wokół było ciche,
ciemne i chłodne. Jakby cały świat na chwilę zastygł w bezruchu. Mingyu niemal
słyszał senne bicie swojego serca. Zdawało się dobiegać gdzieś z oddali, albo
może zewsząd. Ciemne niebo i rozmazane światła szosy. Wszystko pulsowało cicho,
w rytm jego istnienia. Cały ten rozedrgany krajobraz zaczął powoli znikać,
rozpływać się w nicości.
– Nie
śpij, bo cię okradnę – odezwał się znajomy głos, na dźwięk którego Mingyu
gwałtownie otworzył oczy i zrzucił z siebie koc.
–
Przecież nie śpię – powiedział zachrypniętym od snu głosem, jednocześnie
nieprzytomnie rozglądając się na boki.
–
Mhm – mruknął Minghao, spoglądając na niego z iskierką rozbawienia w oczach.
Albo to były tylko światła uliczne. Mingyu nie potrafił stwierdzić. Przetarł
dłońmi twarz, żeby się dobudzić.
–
Poza tym – dodał, nieco już żywszym tonem. – I tak nie miałbyś co kraść. Nie
wziąłem nawet portfela.
– Zawsze
jest jeszcze on – chłopak postukał w metalową powierzchnię, na której obaj
siedzieli. – Mógłbym zostawić cię tu i odjechać nim w siną dal.
Mingyu
rzucił mu gniewne spojrzenie, niezadowolony, że ktoś śmie stukać w lśniącą karoserię jego samochodu. Ale Minghao już na niego
nie patrzył. Oparł się na rękach i odchylił głowę do tyłu, zamyślony wzrok
zawieszając gdzieś na niebie.
Mingyu
nie poszedł w jego ślady. Jeszcze raz przetarł oczy i wbił zmęczone spojrzenie
w światła szosy. Ciemna i dziwnie płaska, wiła się, jak rzeka widmo, pośród
wielkiej pustynnej pustki. Spokojny nurt asfaltu zakłócały jedynie milczące
półkola żółtego blasku, niby porzucone, zapomniane słońca. Ich schorowane,
zużyte krawędzie strzępiły się niepokojąco na drobnych nierównościach terenu,
wciskały się w każdą dziurę, w każdą szczelinę ulicy, jakby ostatkiem sił
próbując znaleźć się jak najdalej stąd. A kiedy jakiś zbłąkany samochód odważył
się wkroczyć na ich teren, na moment oblepiały jego przednią szybę i dach, a
nawet widoczną w oknach znużoną twarz kierowcy. Na nic jednak zdawały się ich
starania. Moment mijał, a samochód wraz z kierowcą znikał na horyzoncie.
Uliczne latarnie zaś pozostawały w zwartym szyku świateł, spokojne i ciche,
przywykłe do porażki i zaznajomione z ciemnością, jak nikt inny.
Mingyu
obserwował cały ten proces z braku lepszego zajęcia. Widok był dość osobliwy.
Girlanda świateł zawieszona pośród nocy. Pochód elektrycznych duchów
zmierzający znikąd donikąd. I tylko odległy neon stacji benzynowej utwierdzał
go w przekonaniu, że wciąż znajduje się w prawdziwym świecie, że jeszcze nie
zniknęła jego łączność z ludzką cywilizacją. Choć aż nader często miał
wrażenie, że jest dokładnie przeciwnie.
Wzmożone
uczucie odrealnienia pojawiło się godzinę wcześniej, kiedy Minghao wysłał mu
wiadomość, że nie może spać. Następne, co Mingyu pamięta, to jazda przez ciemną
noc, prosto na spotkanie z pustką. I tak wylądowali tutaj, w tym ciemnym
miejscu. Wdrapali się na dach samochodu. Chcieli chyba oglądać gwiazdy.
Ale
gwiazd nie było.
Noc
była ciemna, ciemniejsza, niż to się wydawało stosowne, zwłaszcza biorąc pod
uwagę ich spontaniczną wyprawę. Czy nie powinien, jak na zawołanie, otworzyć
się przed nimi niesamowity widok na Drogę Mleczną, na wszystkie konstelacje,
których nazw nie znali, na każdą z planet, widoczną gołym okiem? Czy nie
powinni zachwycić się ogromem wszechświata, zadziwić się własną prozaicznością
w obliczu tego, co przedwieczne? Czy nie powinni zobaczyć czegoś; czegoś co zmieni ich mały przyziemny świat na resztę życia?
Ale nie było widać nic. Nawet Księżyc gdzieś przepadł.
Kiedy
to odkryli, w Mingyu wezbrało rozczarowanie. Później jednak doszedł do wniosku,
że może to lepiej. Chwila mogłaby stać się zbyt dziwna, zbyt podniosła, gdyby
niebo odpowiedziało na ich naiwne pragnienia. A tak to po prostu siedzieli przy
zakurzonej szosie, na zakurzonym dachu, pod zakurzonym niebem. I Mingyu to
pasowało.
–
Szkoda, że nic nie widać – odezwał się Minghao, czytając mu chyba w myślach.
Rozprostował dotąd skrzyżowane nogi i zamachał nimi w powietrzu, jakby próbował
odgarnąć w ten sposób gęsty podmiejski mrok, zalegający na poboczu, tuż poza
granicą ulicznych świateł. Mingyu nie pamiętał, dlaczego się tu zatrzymali. W
pewnym momencie po prostu znudziła im się jazda przez puste, chorowite
żółto-szare szosy. Może to było dzieło przypadku. A może to miejsce w jakiś
pokrętny sposób pasowało do ich nastroju.
– To
pewnie przez światła miasta – odparł Mingyu. Choć metropolii nie było widać,
choć zostawili ją za cienką linią horyzontu, brudna mgławica jego świateł wciąż
spoglądała na nich z nieba nieprzychylnym, pomarańczowym okiem, które nigdy się
nie zamykało. Kiedy tylko Mingyu o tym pomyślał, pożałował że nie pojechali
dalej, jak najdalej. Gdzieś, gdzie wreszcie mogliby być sami. Gdzieś, gdzie
istnieje prawdziwa, czysta noc pełna gwiazd. Minghao zdawał się nie podzielać
jego zdania. Ogarnął pożółkły horyzont miękkim spojrzeniem, jak starego
przyjaciela, którego wszystkie wady zna się już na wylot, ale i tak kocha się
go całym sercem. A potem przeniósł to spojrzenie na Mingyu.
– Mnie
się tu podoba – powiedział z prostotą i nagle cała złowróżbność miejskiego
poblasku jakby przybladła na nocnym niebie. Mingyu posłał mu senny uśmiech.
– A
co ci się tu podoba? – zapytał, ciekaw odpowiedzi. Minghao nie należał do
bardzo gadatliwych ludzi. Jednak jeśli już decydował się odezwać, potrafił być
wspaniałym rozmówcą. Mingyu zawsze interesowało, co miał do powiedzenia. On sam
wyrzucał z siebie myśli, jak zepsuty kran wodę. Nawet, jeśli ktoś usiłował go
zakręcić, on nadal uparcie przeciekał. Z Minghao było inaczej. Jego słowa były
wyważone i przemyślane. Mingyu uważał to za czarujące.
– Kolory
– stwierdził Minghao. – Podoba mi się ta paleta barw – zakreślił ręką półokrąg
w powietrzu, wskazując na szosę, niebo, na światła i na nich samych. Mingyu
zmarszczył brwi. Jego zdaniem nie było w tych kolorach nic ładnego. Sprawiały,
że wszystko, że cały świat wyglądał na zmęczony. Nawet twarz Minghao, zwykle
spokojna i statyczna, w tym dziwnym świetle wprawiała go w niepokój. Żółty
blask sięgał jednego z jego policzków, drugi pozostawiając w cieniu, poza
zasięgiem wzroku. Ten kontrast wywoływał w Mingyu osobliwe ożywienie,
nadzwyczajną wrażliwość na detale. Jakby jego wzrok wyostrzył się specjalnie, żeby mógł zwrócić uwagę na lekko spiczaste uszy Minghao i na drobne zmarszczki,
tworzące się wokół ust, wraz z uśmiechem. – A zwłaszcza on – kontynuował
chłopak, ponownie stukając w karoserię samochodu Mingyu. Jej srebrny kolor
zdawał się roztapiać w sobie natarczywy blask pobliskich latarni.
–
Ten stary gruchot? – Mingyu uniósł brwi. Jarzący się na srebrno samochód nijak
nie pasował do tego krajobrazu ani do tej palety kolorów. Wyglądało to tak,
jakby usilnie bronił się przed wpływem panującej wokół chorobliwej atmosfery.
Jakby ich przed nią chronił. Mingyu zastanawiał się przez chwilę, po czym
spojrzał w puste nocne niebo. – Wygląda trochę jak tanie zastępstwo Księżyca –
powiedział, spodziewając się, że Minghao go wyśmieje. Ale on tylko pokiwał
głową.
–
Jak księżycowa łódka – dodał, znów machając nogami w powietrzu. Tym razem
wyglądało to bardziej jak wiosłowanie. Jakby próbował wprawić łódkę w ruch. Mingyu
uśmiechnął się, nagle całkiem ożywiony. Minghao czasem to robił. Mówił coś, z
pozoru infantylnego, ale w istocie przepełnionego wyobraźnią. Mingyu uwielbiał
takie momenty. Czuł wtedy, że został na moment wpuszczony do jego świata.
Pięknego, sekretnego świata, przeważnie ukrytego za cichym spojrzeniem.
Rozprostował
nogi i również zamachał nimi, imitując wiosłowanie. Chłodne nocne powietrze
zawirowało wokół jego kostek i niemal poczuł, że jego buty młócą wodę, a nie
ciemność. A może woda i ciemność to jedno i to samo. Może on i Minghao dryfują
właśnie przez morze nocnych minut, przez prądy bezsenności. Może osiedli na
mieliźnie, a nie na poboczu. Albo to niebo nad nimi było prawdziwą morską
tonią, oni zaś płynęli przez firmament na swoim metalowym księżycu, pośród
elektrycznych gwiazd i betonowych Dróg Mlecznych. I być może ta chwila była
dokładnie tak dziwna i podniosła, jak Mingyu od początku przewidywał.
Minghao
trącił jego wyciągniętą w powietrzu nogę jednym ze swoich kolorowych trampków.
Mingyu pamiętał dzień, w którym Hao własnoręcznie je malował. Pełne były
symboli, kolorów i napisów. W jednym miejscu widniało nawet imię Mingyu. W
pewnym momencie Minghao po prostu stanął przed nim z trampkiem i markerem do
tkanin w dłoni, i nakazał się podpisać. Mingyu nie protestował. A teraz
zastanawiał się, co to znaczyło. Dlaczego Minghao chciał, żeby jego imię
widniało pośród tak ważnych i osobistych fragmentów trampkowej mozaiki.
–
Podoba mi się coś jeszcze – odezwał się Minghao. Pięty jego trampków zastukały
lekko w szybę auta, kiedy opuścił nogi. Spojrzał na Mingyu. – Cieszę się, że
odebrałeś moją wiadomość i mnie tu przywiozłeś.
Mingyu
wzruszył ramionami.
–
Nie ma sprawy. Taka moja rola, jako tego znajomego, który posiada auto i prawo
jazdy – zaśmiał się, ale Minghao pokręcił głową. Jego spojrzenie było skupione,
jakby chciał przekazać coś bardzo konkretnego.
–
Nie o to chodzi. Cieszę się, że jesteśmy tu razem.
To mi się podoba najbardziej – powiedział z naciskiem. Mingyu spoglądał na
niego przez chwilę, po czym odwrócił wzrok, w obawie, że jego myśli znów w
jakiś magiczny, niewerbalny sposób zostaną odczytane. Czasem nachodziły go
głupie refleksje. Czasem doszukiwał się nieistniejących znaczeń. Czasem zdawało
mu się...
Minghao
znów trącił go nogą, więc Mingyu zablokował jego kostkę, między swoją stopą a
łydką. Zmierzyli się wojowniczymi spojrzeniami. A potem świat Mingyu zawirował
i chwilę później chłopak zderzył się z zakurzoną ziemią. Minghao natomiast
nadal siedział na dachu samochodu, przypatrując mu się z góry. Minę miał
niewinną, ale w oczach migotały iskierki śmiechu.
– Zobaczymy,
kto się będzie śmiał ostatni – powiedział Mingyu burkliwym tonem, podnosząc się
z ziemi i otrzepując ubranie. Następnie złapał teraz już otwarcie chichoczącego
Minghao za obie kostki i pociągnął. Chłopak był jednak znacznie zwinniejszy,
niż Mingyu. Zamiast zsunąć się na ziemię jak ciężka kłoda, zaczął wierzgać
nogami, aż Kim musiał chwycić go pod kolanami. Minghao na to tylko czekał, bo
natychmiast oplótł kolegę nogami, jakby grożąc „albo mnie złapiesz, albo
upadniemy razem!”
I
Mingyu go złapał.
Zrobił
to raczej instynktownie, niż przy udziale woli. Mocno oplótł Minghao ramionami,
biorąc na siebie cały jego ciężar. A Minghao mu na to pozwolił.
To
było trochę dziwne. Minghao uczepił się go, jak koala. Mingyu poczuł zapach
jego potu, zmieszany z zapachem nocy. Z tak bliska mógł policzyć jego rzęsy,
albo prześledzić pofalowane pasemka włosów, opadające niesfornie na czoło.
Trochę go to speszyło. Na ustach Minghao wciąż widniał psotny uśmiech, ale jego
oczy spoglądały na Mingyu badawczo, zupełnie, jakby jeszcze raz próbowały
odczytać jego myśli. A myśli, jak na zawołanie, znów go dopadły.
Stojąc
tak, na krańcu świata, pod tym pustym niebem i patrząc na Minghao, Mingyu w
pełni poczuł jego wcześniejsze słowa. Też się cieszył, że byli tu razem. Bo gwiazdy
mieszkały na ziemi, gwiazdy mieszkały w nich. Mogli oglądać czyste nocne niebo,
spoglądając sobie w oczy.
Palce
Minghao załaskotały Mingyu w szyję. Były zimne. Po kręgosłupie Mingyu przebiegł
dreszcz. Widząc to, Hao zaśmiał się cicho. Chciał chyba coś powiedzieć. Całą
noc wyglądał, jakby chciał coś konkretnego powiedzieć. Mingyu czuł się
podobnie. Nie mógł tylko znaleźć odpowiednich myśli, ani pasujących do nich
słów. Mimo to otworzył usta.
Nagle
szosą obok nich, w tumanie kurzu, przejechał nocny tir, rozdzierając na moment
martwą ciszę okolicy. Mingyu tak się na ten niespodziewany dźwięk wystraszył,
że aż puścił Minghao, który ledwo zdołał opaść na stopy, a nie na plecy czy
kolana. Obaj spojrzeli za odjeżdżającym pojazdem. Pędząc tak przez pustynny krajobraz,
wyglądał jak spłoszone dzikie zwierzę, uciekające w siną dal.
Minghao
pociągnął Mingyu za rękaw bluzy.
–
Czas wracać – powiedział. Mingyu w pierwszej chwili chciał się sprzeciwić.
Spodobał mu się ten ich ciemny, bury zakątek na końcu świata. Oczy Minghao były
jednak zmęczone, a widoczne pod nimi cienie jakby głębsze, niż chwilę
wcześniej. Mingyu objął sennego kolegę ramieniem i poprowadził w stronę swojego
rdzewiejącego gruchota, który jeszcze niedawno był księżycową łodzią dryfującą
po nocnym niebie.
Droga
powrotna była cicha i ciepła. Minghao zasnął na siedzeniu pasażera, a jego
głowa kołysała się łagodnie w rytm nierówności asfaltu. Mingyu zerkał na niego
co jakiś czas, pozwalając sobie na miękki uśmiech. Łuna miejskich świateł na
niebie rosła i nabrzmiewała wraz z każdym przejechanym kilometrem. Mingyu to
nie przeszkadzało. Bo wraz z nią nadeszły też pierwsze oznaki świtu. Nowy dzień
budził się do życia w towarzystwie całej palety świeżych, żywych barw, czekających
tylko na odkrycie i docenienie.
Kilka
pasemek słonecznego światła przeniknęło przez beton i szkło miejskiego
krajobrazu, żeby oświetlić twarz śpiącego Minghao. Mingyu obserwował to po
cichu, nie chcąc budzić swojego towarzysza, choć zdążyli już zajechać na
parking. Siedząc tak, w cieple porannych promieni, przemykających się coraz
liczniej przez przednią szybę samochodu, Kim chyba sam w końcu przysnął. Śniły
mu się nocne wędrówki po rozgwieżdżonym niebie i kolorowe fajerwerki neonów,
rozjaśniające znajomą twarz. W momencie, w którym wszystkie barwy jego snu
eksplodowały i rozsypały się w pióropusze iskier, Mingyu się obudził.
Czuł
ciepło na policzku, jakby wspomnienie czyjegoś dotyku. Miejsce pasażera było
puste. Mingyu wyjrzał przez okno i dostrzegł oddalającą się w pośpiechu
sylwetkę Minghao. Śledził go wzrokiem, aż ten zniknął za drzwiami swojego domu.
Mingyu
dotknął dłonią mrowiącego miejsca na policzku i uśmiechnął się szeroko.
Zrozumiał, co Minghao chciał mu powiedzieć.

Bardzo lubię takie "niedopowiedzenia" jeśli mogę tak to nazwać <3 Urocza relacja między Mingyu i Hao. Chciałabym wiedzieć, jaka jest odpowiedź Mingyu i czy w ogóle przy następnym spotkaniu coś sobie powiedzą. Chociaż czasami słowa nie są w ogóle potrzebne, bo serce wie wystarczająco wiele <3
OdpowiedzUsuńDziękuję za naprawdę przyjemny rozdział. Bardzo potrzebowałam czegoś takiego. Życzę duuużo weny! <3
niedopowiedzenia to u mnie częsty motyw, tak mi się coś zdaje, że w życiu często wiele spraw nie zostaje ujętych słowami, a wcale przecież nie tracą przy tym na mocy! dziękuję pięknie za przeczytanie i docenienie ;-; <3
UsuńJakie to było urocze! Minghao to romantyk, natomiast Mingyu to taka kłoda, która za bardzo się nie zna i nie umie czytać między wierszami, mimo iż Hao subtelnie stara się mu coś przekazać :D
OdpowiedzUsuńWizja wiosłujących nogami chłopców na samochodzie mocno mnie rozbawiła. Aż szkoda, że tir wybrał nieodpowiedni moment i popsuł ich wspólną chwilę, bo już Mingyu zaczynał być bardziej kumaty :D
Ale zakończenie jak najbardziej satysfakcjonujące ♥ W ogóle ich relacja jest taka pure, że aż miło się czytało ♥
Dziękuję za tego one shota, był cudowny.
Życzę weny i pozdrawiam <33
ciekawe gdzie by dopłynęli, gdyby tak dalej wiosłowali xD miło mi bardzo, że ci się podobało ;-; dziękuję za komentarzyk i życzę dobrej nocy ❤️
Usuń