sobota, 24 października 2020

Jihoon x Wonwoo

 


      
     Czy ludzie są piękni?
     Dotychczas uważałem ich za coś zwykłego. Za niewyróżniające się niczym kreatury, posiadające te same nudne cechy. Każdy portret, który namalowałem w swoich życiu jest taki sam. Jest zwykły, ponieważ taki właśnie jest każdy człowiek, który przede mną staje. Jak można zachwycać się zwykłością? Jak coś zwykłego może być piękne? 
      — Jihoon jest wybitnym malarzem. Nigdzie nie otrzyma pan piękniejszego portretu — zapewnia Soonyoung, zapraszając do środka nowego klienta. 
       Mój dom jest moim warsztatem i tu też czuję się najlepiej. Gdyby nie Soonyoung, nie malowałbym portretów za pieniądze. Siedziałbym samotnie przed płótnem, zapełniając je emocjami. Nie pamiętam twarzy, które maluję, tak samo, jak historii przychodzących do mnie ludzi. To Soonyoung zapewnia im rozrywkę, ja jestem tym milczącym dziwakiem. 
       — To wszystko obrazy Jihoona. Proszę się rozejrzeć. Pański portret będzie tak samo piękny — oznajmia, wskazując na ściany. Prycham cicho, szykując puste płótno. Wszyscy są tacy naiwni.
       — Nie przyszedłem tu po piękny portret — słyszę jednak. 
      Jest to głos, który odbija się echem w mojej głowie. Odwracam się prędko, patrząc, jak nieznajomy zdejmuje płaszcz, odrzucając go z gracją w ramiona Soonyounga. Jego wzrok spotyka się z moim, a wtedy przewracam nieświadomie słoik z pędzlami, które rozsypują się na podłodze. 
       Nie, ludzie nie są piękni. A przynajmniej tak wydawało mi się do tej pory. Skoro ludzie nie są piękni, on nie może być człowiekiem. Jego twarz jest zbyt doskonała, by należała do zwykłego śmiertelnika. A może to bóg? Bezskrzydły anioł? Siada na stołku, a wtedy unosi leniwie dłoń. Przeciąga palcami po swojej szyi, poprawiając fular. Czuję mrowienie na własnych opuszkach, mając wrażenie, że czuję pod nimi ciepło prawdziwej skóry. 
         — Postaraj się. To nie byle kto — szepcze Soonyoung, nachylając się nade mną i klepiąc mnie po ramieniu. To oznacza tylko jedno. Pieniądze. Jest on osobą, która z pewnością sporo zapłaci. 
         — Jest zarozumiały — mruczę cicho, unosząc pędzelek i przymykając lekko oko.
         — Z taką twarzą też byłbym zarozumiały — odpowiada cicho, po czym prostuje się i uśmiecha szeroko do naszego gościa. — To będzie wyśmienity portret! Naprawdę piękny i...
         — Mówiłem już — wzdycha z delikatnym uśmiechem błąkającym się na jego twarzy. A może to nie uśmiech? Może jego usta zawsze tak wyglądają? 
         — Słucham?
         — Nie przyszedłem po piękny portret. Nie szukam artysty, który maluje to, co chcę zobaczyć, tylko to, co on widzi — mówi.
          To niesprawiedliwe, by osoba taka jak on, mówiła takie słowa. 
           W skupieniu nakładam farbę na płótno, zerkając na niego zza sztalugi. Siedzi nieruchomo na stołku, wyglądając przy tym jak posąg młodego boga. Więcej czasu poświęcam patrząc na niego niż na to, co wychodzi spod moich dłoni. Nie mogę uwierzyć w to, że ktoś może mieć spojrzenie dzikie, a zarazem spokojne i takie tajemnicze. Jakby w jego oczach szalał ogień i sztorm jednocześnie. To właśnie czuję przy każdym ruchu pędzla. Rosnący zachwyt. Pragnę uwiecznić wszystko. Każdy szczegół, nawet ten najdrobniejszy. Nawet jego ruchy nie przeszkadzają mi ani mnie nie rozpraszają. To, jak zmienia pozy, ułożenie rąk, głowy, jak rozgląda się, jak jego grdyka rusza się leniwie przy jego każdym przełknięciu śliny. To rzeczy, których nie jestem w stanie uchwycić na obrazie, ale pragnę zachować je w swojej pamięci. 
         Wpatruję się w oczy błyszczące od świeżo nałożonej farby, mając wrażenie, że to autentyczny wzrok. Że człowiek patrzący na mnie z płótna jest prawdziwy. Która osoba jest prawdziwa? Ta z płótna czy może ta siedząca na stołku? 
         Tracę rozum. Moje palce dotykają policzka, pozostawiając na nim ślady od farby. 
         — Jihoon! Co ty robisz? — pyta zdezorientowany Soonyoung, zaglądając mi przez ramię. 
         Jego słowa burzą dziwną fantazję powstałą w mojej głowie. Otrząsam się prędko, starając się zakryć ślady palców na obrazie.
          — Przepraszam, ja... Portret będzie gotowy na jutro. Mam dobrą pamięć do twarzy i nie zostało mi wiele — oznajmiam prędko, podnosząc się prędko. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jak moje ciało jest sztywne i obolałe od ciągłego siedzenia w miejscu. On jednak podnosi się z niesamowitą gracją, a może to ja przestaję być obiektywny? 
         — A więc odbiorę portret jutro — mówi. 
      Chcę go odprowadzić do drzwi, podać mu płaszcz i podziękować za czas, ale Soonyoung ubiega mnie i dyskretnie daje mi do zrozumienia, że całe ręce mam w farbie. Zaciskam więc palce, odprowadzając go jedynie wzrokiem, aż w końcu znika mi z oczu. 
       Drzwi zamykają się z cichym brzdękiem, a wtedy do moich uszu dobiegła głośne westchnienie mojego przyjaciela, choć sam nie wiem, czy przypadkiem to nie ja jestem osobą, która wydała z siebie ten dźwięk. 
         — Dlaczego zniszczyłeś jego portret? 
         Patrzę na ślady palców, które nieświadomie pozostawiłem na policzku. 
         — Naprawię go — wzdycham cicho, przeciągając się leniwie. Nawet z rozmazaną farbą wygląda nadzwyczajnie. — Jego imię? Wiesz, jak się nazywa? — pytam prędko, słysząc ciche prychnięcie przyjaciela.
         — Malowałeś gościa, nie znając nawet jego imienia? Jesteś doprawdy niebywały. Mówiłem ci sto razy. Nigdy mnie nie słuchasz. Jeon Wonwoo! Najlepiej zapamiętaj to imię — poleca, kręcąc głową z niedowierzaniem.
         — Jeon Wonwoo — powtarzam to tylko raz, a mój mózg robi to tysiąc razy. 

***

         Siedzę do późna nad portretem, który jest tak idealny i doskonały, że patrzenie na niego zaczyna mnie przytłaczać. Dłonie mam sztywne i obolałe od ściskania pędzelka, który w końcu sam wypada mi na podłogę. Powinienem czuć dumę, więc dlaczego moją pierś wypełnia pustka? Jeon Wonwoo jest osobą będącą błogosławieństwem dla każdego artysty. Jego ostre rysy, dumne oczy, usta wyginające się w ciągłym uśmiechu. To elementy tworzące idealną całość. Tak idealną, że aż nierealną. 
        Nie patrzę na portret pięknego mężczyzny. Patrzę na coś zbyt doskonałego, by mogło mieć miano człowieka. 
        Nie słyszę tykania zegarka zawieszonego na ścianie ani kropel deszczu uderzających o parapet, mimo burzy szalejącej na dworze. Jedyną rzeczą, jaką słyszę jest walące serce, jednak nie mam pojęcia do kogo należy. Może do tego nieszczęśnika, który zmuszony jest do malowania portretów? Do tego żałosnego Jihoona, który przechodzi kryzys? 
        Głośny grzmot, który towarzyszy błyskawicy przecinającej nocne niebo, sprowadza mnie na ziemię. Czuję nienawiść do siebie, do obrazu, do Jeon Wonwoo oraz do każdej innej rzeczy. Moja dłoń natrafia na gwóźdź leżący wśród pędzli na moim niewielkim stole. Znajduje się tam przypadkiem i tak samo przypadkiem trafia w uścisk mojej dłoni. Niebo znów przeszywa piorun, a wtedy zamachuję się, przecinając płótno. Na portrecie pojawia się głębokie przecięcie.
         — Nawet teraz wyglądasz pięknie — wzdycham cicho, upuszczając gwóźdź, który upada z cichym brzdękiem na podłogę, znikając w ciemnościach pokoju. 
        Zakrywam sztalugę białym materiałem, orientując się, że pojawia się na nim czerwona plama. Marszczę brwi ze zdezorientowaniem. Odkrywam obraz, a wtedy orientuję się, że z głębokiej rysy na policzku portretu Jeon Wonwoo płynie czerwona farba. 

***

       — Twarz Jeon Wonwoo! To tragedia! 
        Soonyoung wbiega do mojego pokoju, nie pozwalając mi się nawet wybudzić. Szarpie moją kołdrą, mimo że próbuję się nią zakryć. W końcu daję za wygraną i pozwalam mu ją z siebie ściągnąć.
        — Wiem, naprawię ją — mruczę, próbując go od siebie odepchnąć.
        — Co? Naprawisz? Przestań śnić! Słyszysz mnie w ogóle? — jęczy nade mną z wyraźnym przejęciem wymalowanym na twarzy. Wiem, że za portret otrzymam sporo pieniędzy, dlatego zamierzam go naprawić. 
         — Obraz i tak mi się nie podobał. Zdążę namalować drugi — zapewniam, chcąc go uspokoić.
         — Obraz? Jaki obraz? 
         — Portret Jeon Wonwoo. Jest rozcięty — zauważam. Jego oczy otwierają się szeroko, a ja boję się, że za moment wypadną mu z oczodołów. 
        — Co? Jego portret też? To musi być jakaś klątwa — wzdycha ciężko, luzując krawat pod szyją. Siada przy mnie na łóżku z wyraźnym przerażeniem na twarzy. 
        — O czym ty mówisz? Jaka klątwa?
        Soonyoung zaciska palce na swoich włosach, kręcąc głową. Wygląda naprawdę poważnie, co w ogóle nie jest w jego stylu. Nawet przez myśl nie przechodzi mi, że mógłby żartować. Odwraca się w końcu, chwytając mnie boleśnie za ramię.
         — Od początku wiedziałem, że Jeon Wonwoo jest dziwny... Biła od niego tajemnicza aura. Nie powinienem był godzić się na ten głupi portret! Dlaczego go tu przyprowadziłem? — wzdycha cicho, kręcąc głową. — W nocy miał wypadek. Przez burzę nie zauważył dzikiego zwierzęcia, które wyskoczyło mu na drogę. Jego twarz... Została oszpecona — mówi.
          Jego słowa w ogóle do mnie nie docierają. Odpycham je od siebie, nie chcąc przyjąć ich do swojej świadomości. Podnoszę się, odrzucając kołdrę jak robot. Wychodzę z pokoju, potykając się o własne nogi. Soonyoung woła mnie, ale ja nie reaguję. Zbiegam po schodach, zmierzając w kierunku mojego warsztatu. Silnym pchnięciem otwieram drzwi, a wtedy uderza we mnie zapach farb zmieszany z czymś metalicznym. Mój wzrok przykuwa sztaluga stojąca na środku, przykryta białym materiałem, na którym widnieją czerwone plamy. Czerwone plamy, które powinny być zwykłą farbą. Szybkim szarpnięciem ściągam cały materiał, odkrywając portret Jeon Wonwoo. Jego oczy wciąż wyglądają jak żywe. Mimo głębokiej rysy w dalszym ciągu zaskakuje i odbiera dech w piersiach. 
        Soonyoung staje za mną, a wtedy słyszę, jak nabiera głośno powietrze do płuc. Dotyka palcem rysy, a wtedy na jego opuszku pozostaje czerwony ślad. 
        — To nie farba — odpowiadam, na co z przerażeniem wyciera dłoń.
        — Spal ten obraz. Wyrzuć go — poleca, chwytając sztalugę. Łapię jego ręce, odciągając go na bok. 
        — Naprawię go...
        — Tu nie ma co naprawiać. Jeon Wonwoo do końca życia będzie miał szramę na twarzy. Nie sądzę, by w ogóle chciał mieć w domu swój portret po tym wszystkim — zauważa. 
        Problem polega na tym, że nie chcę naprawiać portretu dla Jeon Wonwoo. Chcę zrobić to dla siebie. 

***

      Portret Jeon Wonwoo jest ostatnim obrazem w moim warsztacie, który stoi teraz samotnie na sztaludze. Porozrzucane pędzle i farby piętrzą się pod moimi stopami, ja jednak nie mam siły ani ochoty ich dotknąć. Boję się, że moje malowanie znów kogoś zrani. Może to nie Jeon Wonwoo jest przeklęty tylko ja? Pragnąłem namalować coś pięknego, bez żadnych skaz i najwidoczniej nie było mi to dane. 
       Słyszę odgłos otwieranych drzwi, a potem zbliżające się w moim kierunku kroki, ale nie reaguję na nie. Jestem pewny, że to Soonyoung sprawdza, czy wciąż żyję. Chcę mu odpowiedzieć, że nie musi tu codziennie przychodzić, ale w tej samej chwili słyszę ciężkie i głośne westchnienie, które nie należy do mojego przyjaciela. Odwracam się wolno, unosząc leniwie wzrok. 
        — Jeon Wonwoo... 
        Moje wargi same się poruszają, mimo że nie chcę wymawiać tego imienia. Czy osoba stojąca przede mną może być Jeon Wonwoo? Garbi się, odwracając głowę. Zakrywa twarz ręką, na której widzę opatrunek. 
         — Przyszedłem po wspomnienie — oznajmia. 
      Jego głos brzmi nędznie. Nie słyszę w nim tego tajemniczego i ciepłego tonu. Jest zimny i taki pusty. Patrzy w kierunku sztalugi. Wspomnieniem nazywa swój portret. Portret idealny, bez skaz, przedstawiający osobę, którą nigdy już nie będzie. 
        Jeon Wonwoo ściąga materiał ze sztalugi zanim moje ciało zdąża zareagować. Moje ruchy są zbyt wolne i w chwili, w której moje palce zahaczają o jego rękaw, portret zostaje całkowicie odkryty. 
         — To...
         Po policzku Jeon Wonwoo spływa pojedyncza łza. Stoi do mnie tym pięknym profilem. Pięknym, ale smutnym. Wargi mu drżą, kiedy patrzy na obraz. Unosi dłoń, a wtedy dotyka głębokiej szramy na płótnie. 
         — Dlaczego odbierasz mi moje ostatnie wspomnienie? — pyta szeptem. 
      Pragnę odpowiedzieć, ale nie daje mi na to czasu ani szansy. Odwraca się energicznie, a wtedy chwyta mnie mocno za koszulę na piersi. Szarpie mną z niewyobrażalną siłą do góry, a wtedy moje plecy zderzają się ze ścianą, aż ucieka ze mnie całe powietrze. W jego spojrzeniu nie widzę dłużej samego smutku. Znajduje się w nim rozpacz, złość, wściekłość. 
         — Pozbawiasz mnie ostatnich wspomnień mojego piękna! Dlaczego? — krzyczy z bólem. Jego palce przesuwają się po mojej koszuli, a wtedy czuje je na szyi. — Drwisz ze mnie? Z mojego nieszczęścia? Przeklinasz mnie? — pyta. 
         — Przepraszam.
       Tylko tyle jestem w stanie z siebie wydusić. Przeprosiny, które nic nie znaczą. Które nie są w stanie naprawić twarzy na obrazie ani tej twarzy przede mną. 
        — Chciałem być zapamiętany jako ktoś piękny choć przez jedną osobę — mówi ze smutkiem, puszczając moją szyję. Ucisk jego dłoni znika. Cofa się, odwracając pospiesznie wzrok. Zakrywa prawy profil dłonią, by nie pokazywać mi opatrunku. Patrzę, jak odchodzi, nie potrafiąc go zatrzymać. 
      Dźwięk zamykanych drzwi jest ostatnim dźwiękiem, jaki słyszę. Mam wrażenie, że moje serce przestało bić. Dotykam piersi, ale nic nie czuję. Czy to klątwa? 
        Patrzę na portret, dotykając rysy. Nie jestem w stanie jej usunąć. Nieważne, ile wysiłku w to włożę, nigdy nie zniknie. Spod mojej powieki uwalnia się łza, która pokonuje cały mój policzek. Dotykam jej, patrząc na mokry opuszek. To moment, w którym znów czuję bicie swojego serca. 
        Schylam się po pędzel, nanosząc nową warstwę farby na płótno. Twarz Jeon Wonwoo zmienia się, przestając go przypominać. Te oczy przestają do niego należeć. Te usta, te rysy, wszystko, co było wspomnieniem jego piękna, przestaje nim być. 
        Czuję, jak po policzku spływa mi farba. Czerwona farba kapie po mojej brodzie. Unoszę dłoń, by ją otrzeć, ale moje palce zatrzymują się centymetr od mojej twarzy. 
         Oszpecona twarz z portretu nie należy dłużej do Jeon Wonwoo, tylko do mnie. 

***

       Teraz wiem, że ludzie potrafią być piękni. Nie determinuje tego jednak ich wygląd. Myślałem, że posiadając oczy, jestem w stanie dostrzec wszystko, ale myliłem się. Jestem ślepym głupcem malującym ludzi nie takich, jacy chcą być, a takich, jacy są naprawdę. A może to ja sprawiam, że zaczynają wyglądać jak z moich portretów?
       Usypiam z głową na twardym blacie, nie potrafiąc pozbyć się grymasu bólu spowodowanego blizną na moim policzku. Drżę z zimna i uczucia pustki, nie potrafiąc rozróżnić snu od jawy. Moje ramiona zostają okryte kocem, a może zwykłą marynarką? To musi być sen. Przynajmniej we śnie ktoś nade mną czuwa. Otula moje zmarznięte ciało, pochylając się nade mną. Na prawym policzku czuję dotyk tak subtelny, że mógł być zwykłym powiewem wiatru. Jest delikatny, jakby ktoś muskał moją bliznę płatkiem kwiatu. Czy kwiaty mogą być ciepłe? Dlaczego więc czuję ciepło? Ciepło, które uświadamia mnie, że to, co czuję nie jest zwykłym wiatrem, a oddechem. 
        Pocałunek blizny jest jak zdjęcie klątwy. To właśnie czuję. Moje brwi przestają się marszczyć, a wtedy ogarnia mnie dziwny spokój. To moment, w którym usypiam albo się budzę. Problem polega na tym, że nie potrafię tego rozróżnić.
        Moje powieki otwierają się, a ja sam dźwigam się znad stołu. Dotykam płaszcza, którym ktoś okrył moje ramiona, ukrywając ręce w długich rękawach. Odwracam się, a wtedy orientuję się, że sztaluga stoi pusta. Ktoś zabrał mój autoportret, pozostawiając niewielka karteczkę, którą odrywam bez wahania. 
„Pozwól mi zachować to wspomnienie”. 
        Dotykam policzka, lecz nie po to, by dotknąć blizny. Dotykam go, by wspomnienie pocałunku nigdy mnie nie opuściło.

6 komentarzy:

  1. Legenda głosi, że kiedyś też uda mi się napisać takie super otwarte zakończenie >.<
    elo

    OdpowiedzUsuń
  2. ale to jest świetnie napisane <3 mega podoba mi się klimat i metaforyczność tego opowiadania :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie :> włożyłam w to cząstkę siebie, więc cieszę się, że ci się podoba <3

      Usuń
  3. piękne opowiadanie ;-; w naturalny sposób nasuwa się skojarzenie z portretem doriana graya (choć to u mnie też kwestia zboczenia zawodowego - pisałam pracę dyplomową o oscarze wildzie xD), ale jednak w trochę innym ujęciu tutaj. to ciekawe, że wonwoo poprosił o namalowanie go takim, jakim widzi go artysta, a skończył ze szramą na policzku. czy to objaw jego próżności? czy może znak, że piękno doskonałe nie ma szans przetrwać w tym świecie, nie ma prawa istnieć. a dla jihoona piękno wonwoo jest właśnie doskonałe. być może dlatego impuls każe mu je zniszczyć. jak mówił wilde, każdy z nas w końcu zabija to, co kocha. dla jihoona, jako artysty, tym czymś jest ideał ludzkiego piękna, w który dotąd nie wierzył, a którego pojawienie się w jego życiu zupełnie wytrąciło go z równowagi. zniszczył je, choć tak naprawdę pragnął je posiąść, najpierw dotykając palcami policzka na obrazie i brudząc go farbą, a dopiero potem w frustracji rozdzierając płótno. cieszę się, że rozdarł policzek, a nie pierś wonwoo ;;; bardzo podobają mi się słowa "przyszedłem po wspomnienie". choć jest to błąd wonwoo. sam chciał, żeby jihoon zobrazował go po swojemu, nie mógł więc oczekiwać, że zastanie nieskalany idealny obraz, dokładnie taki, jaki chciał zobaczyć i jakiego się spodziewał. bardzo mnie zastanawia końcówka. czy jihoon przemalowując portret, przejął na siebie tę skazę? czy rana wonwoo się dzięki temu zagoiła? czy tylko podzielili się teraz cierpieniem, wspólnie dźwigając to brzemię? chciałabym, żeby jeszcze kiedyś się spotkali i tym razem rozmawiali słowami, a nie obrazami. ale mam wrażenie, że już się nie zobaczą. niektóre rzeczy przytrafiają nam się tylko raz w całym życiu. oby wonwoo dobrze zaopiekował się tym wspomnieniem, które postanowił przygarnąć.
    piękne opowiadanie i piękny klimat!
    pozdrawiam i życzę weny
    shizu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze powiedziawszy to właśnie dzięki obrazowi Doriana Greya wpadłam na ten pomysł. Mocno mnie natchnął :D Dziękuję ślicznie za komentarz <3

      Usuń

szablon wykonany przez oreuis
szablon wykonany przez oreuis